anihilacja_kisielcichocka_pl

A potem było nic – recenzja „Anihilacji”

Tym razem mam dla was recenzję filmową i nie są to „Avengersi” – choć na ich temat też mam swoje zdanie, to nie wiem, czy mi się chce ich recenzować. I tak jest tego pełno w internecie.

„Anihilację” można obejrzeć na Netflixie, bo do naszych kin niestety nie trafiła, a jeśli lubicie filozofię ubraną w science-fiction i nie boicie się paru jump scare’ów czy odrobinki gore’a, to na pewno zachęcam do obejrzenia.

Trochę żałuję, że najpierw natknęłam się na film, a dopiero teraz będę się zabierać za książkę „Unicestwienie”, ale może taka kolejność nie zaburzy mi odbioru.

Miejscami widać braki budżetowe, zwłaszcza jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do blockbusterów (które też potrafią mieć latające głowy źle przyklejone do tła jak w najnowszych „Avengersach”). Takie „popsikali drzewa sprayem”, choć wygląda to naprawdę ładnie, to jednak, my to wiemy i wiemy też, że na bardzo dobrych larpach będziemy mieć bardziej kosmiczną scenografię. Choć to już wtórne czepialstwo rozbestwionego wizualnie widza. Bo najważniejsza jest w tym filmie filozofia i to na wielu płaszczyznach. A metafora śmiertelnej choroby pokazana w tak oczywisty sposób naprawdę pasuje do filmu.

Miałam trochę problemów z bohaterkami. A raczej z tym, że twórcy za mały nacisk położyli na początku na pokazanie, że to naprawdę jest banda z przypadku, choć sprofilowana do tej misji. Nie chcę wdawać się w szczegóły, żeby nie zepsuć rozrywki, ale wyglądało to tak, jakby wyciągnięto trochę za mało wniosków z poprzednich nieudanych misji do Strefy, zwłaszcza w takim momencie ich trwania, czyli po powrocie Kale’a w stanie prawie agonalnym z wnętrza. To, że postacie miały swoje momenty kryzysu i załamania psychicznego czy podejmowały głupie taktycznie decyzje było jak najbardziej odpowiednie. No i umówmy się, zbyt rozsądni badacze nie pchnęliby fabuły do przodu.

Za to jestem zachwycona misiem. Nawet bardziej niż aligatorem. Miś był piękny i spełnił swoją rolę zarówno od strony horrorowej jak i filozoficznego sf. Oraz nazwą dla strefy. Po polsku „Iskrzenie” jak po angielsku „The shimmer”, to tak smaczne słowa, że miło się je słucha i czyta.

Trochę się zawiodłam jednoznacznym zakończeniem. Naprawdę, film można było urwać parę minut wcześniej bez tego kiczowatego dopowiedzenia, zamykając temat trochę inaczej. Tak, żeby widz musiał się dobrze zastanowić, a najlepiej obejrzeć jeszcze raz, żeby poszukać wskazówek i dojść do własnych wniosków.

Podsumowując w skrócie:

Jest to traktat transhumanisty opleciony w krzyżówkę „Pikniku na skraju drogi” z „Ewolucją” (tak, chodzi o tę komedię z Duchovnym).

3 thoughts on “A potem było nic – recenzja „Anihilacji”

  1. Do tej pory Netflix mnie nie zawiodl, lubię z nim oglądać serialn bo mnie wciągają bez reszty, mimo wszystko obejrze anihliacje:)

Dodaj komentarz