Kalendarz adwentowy – dzień pierwszy

Wczoraj na Instagramie wrzuciłam inspirację do opowiadania. Miałam napisać drabble, ale jakoś tak machnęło mi się dwa razy tyle.


Mróz

Jest zimno. Ha, odkrywcze, nie?

Ostatniej zimy było gorąco jakby ktoś podkręcił słońce na pełną fajerę.

Nie idzie się przyzwyczaić.

Rośliny mi zdechły, a matka mówiła jak trzeba te chwasty pilnować. Miała taki gruby zeszyt z kolorowymi notatkami ze studiów. Zabrało ją zapalenie płuc dwa lata temu. Jedyny antybiotyk jaki udało mi się zdobyć, to penicylina, a ona była uczulona.

Szkoda, bo dużo wiedziała. Ojca już nie pamiętam. Co z tego, że był prepersem jak zabiła go wieńcówka? Ale zostawił matce książki i nóż.
Cholerstwo do tej pory się nie stępiło. Choć pewnie w końcu będę musiał go naostrzyć. Ciekawe czym?

No nic, z tego chabazia na parapecie będzie niezła rozpałka, tylko sprawdzę, czy nie ma jakichś nasion. Ostatni na świecie ziemniak w ostatniej na świecie wsi. Pewnie gdzieś tam są jeszcze jacyś ludzie, ale nie mamy jak do nich dotrzeć. Wszystkie auta są elektryczne, a generator się popsuł i nikt nie wie, jak go naprawić. Szkoda, że dziadek nigdy nie dawał mi majstrować w warsztacie, przynajmniej coś bym umiał…

Za tydzień podobno ma być Nowy Rok, ale powoli przestajemy liczyć. 2050 czy 2055, co to za różnica w tym piekle? Jak nie zabije nas zaraza, to głód albo mróz.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.