Oblatywacze_likwidacja_kisielcichockapl

Likwidacja

Jakoś tak wieczory najbardziej pasują do Oblatywaczy. Dziś rzucam was na głęboką wodę stosując metodę „dlaczego?”. Tylko ostrzegam, nie czytajcie tego dzieciom. Zresztą, tytuł mówi sam za siebie. Wszystkie pozostałe teksty możecie znaleźć pod tym linkiem.


Likwidacja

Przeładowała. Kolejne biegnące dziecko padło rozlewając się na chodniku. Najtrudniej będzie wyłapać dorosłe klony. Poruszały się piekielnie szybko, a miały też głowy na karku. Ponad pół setki zbiegów ukrywających się na piętnastomiliardowej planecie. I żadnych znaczników, poza wzorem DNA. Czystki w Akademii były łatwe, ale jeśli się nie pośpieszą, to rekruci zdołają wydostać się z planety. Teoretycznie akcję mieli zakończyć wczoraj, ale kadeci nie czekali na rozstrzelanie. Ktoś im pomagał. Poinformował wcześniej. O ile spodziewali się oporu wśród starszych, młodsi też nie pozostawali dłużni. Dziś rano, nim zdążyła rozstawić się ze snajperką, zobaczyła jak piątka około siedmioletnich klonów osacza i zadusza jednego z żołnierzy. Małe potwory. Z drugiej strony mięso z piechoty było łatwym celem, nawet dla rekrutów jednostek specjalnych. Poprawiła celownik, mierzyła do prawie nastoletniego chłopca, który stał na środku placu rozglądając się. Zerkał to na martwą koleżankę to naokoło.

— Czemu nie uciekasz? — zastanawiała się. — Nawet straż cię teraz złapie…

Chłopiec, na pewno jej się wydawało, spojrzał dokładnie w jej stronę. Gdy podniósł dłoń, by na nią wskazać nacisnęła za spust. Jednego mniej, ale raczej więcej ich się jej nie wystawi. Durne składaki wystawiły swojego, żeby namierzyć jej pozycję. Omiotła cały plac. A tak dobrze jej szło.

Między drzewami w parku mignęła jej jasna głowa, ale nie zdążyła wycelować. Znowu cały splendor spadnie na interwencję. Zerknęła na licznik na rękawicy. Piętnaście, od wczoraj. Sprzątnęła dopiero piętnaście klonów. Z dwóch i pół tysiąca, które były do sprzątnięcia. Z takim wynikiem nie miała co liczyć na premię w tym roku.

Kolejne pół godziny wgapiania się w okolicę placu przekonały ją, że jej pozycja jest spalona.

Ruch wokół terenów Akademii został wstrzymany. Choć im dłużej trwała blokada, tym bardziej niecierpliwili się okoliczni mieszkańcy. A w tak prestiżowym miejscu nie mieszkał byle kto. Do końca dnia muszą tu posprzątać i przywrócić ruch uliczny, bo będzie jeszcze większy smród niż jaki pojawił się po ogłoszeniu decyzji o likwidacji programu, która nie spodobała się kilku bardzo wpływowym osobom. Nie wspominając samej profesor Lahm. Dobrze, że chociaż motłoch z chęcią kupił kozła ofiarnego.

— Do wszystkich jednostek, wycofujemy się — usłyszała rozkaz w słuchawce. — Wpuszczamy tam cerbery za pięć minut.

— Centrala, 332 potwierdzam, wycofuję się.

Schodziła po drabinie ze snajperką na plecach, nim dotknęła ziemi sięgnęła po karabin wsparcia. Do przejścia została jej długość akademika, by dostać się do głównego traktu prowadzącego do oficjalnej bramy kampusu. Pomiędzy dwoma budynkami mieszkalnymi czuła się nieswojo wystawiona. Ruszyła szybkim krokiem rozglądając się na wszystkie strony. Normalnie nie zostawała w tyle, wracała ze wsparciem, zawsze ktoś ją osłaniał. Tu jednak był taki chaos informacyjny, że bała się, że ktoś może ją postrzelić przez przypadek. To w jaki nieudolny sposób została przeprowadzona akcja skłaniało ją ku temu, by sądzić, ze ktoś bardzo wysoko postawiony chciał, by się nie udała. Albo jak zwykle wszystkiemu winny był pośpiech. Ale przynajmniej maszyny bojowe załatwią sprawę. Nic żywego nie przetrwa na terenie, który patrolują ciężkie patrolowce. Roboty normalnie pilnujące porządku w Akademii były niegroźne w porównaniu do cerberów. Szkoda, bo jak zwykle największą liczbę trupów zaliczą na swych kontach operatorzy tych maszyn, zamiast ciężko pracujących operacyjnych jak ona. To po co w ogóle ich tu wysyłali? A, bo najpierw chcieli załatwić sprawę w miarę cicho, by nie naśmiecić sąsiadom.

Przepchnięty olbrzymi śmietnik zastawił jej drogę.

Wycelowała w niego, spodziewając się ataku. Momentalnie odwróciła się, gdy usłyszała ciężkie, mechaniczne kroki za sobą. Chyba nie wpuścili cerbera, miała jeszcze trzy minuty.

Za nią stała maszyna strażnicza, oko świeciło się na żółto. Czyli była nieuzbrojona, ale gotowa do akcji. Jeśli nie będzie wykonywać gwałtownych ruchów, nawet trzymając broń, oszuka system. Ominęła śmietnik, robot podążał za nią. Cały czas rozglądając się uważnie próbowała dojść do tego, w jaki sposób kontener o mało jej nie potrącił. Wprawdzie był na kółkach, ale nic nie wskazywało na to, żeby miał powody by się zsunąć. Teren między budynkami był całkowicie płaski. Robot za plecami zaczynał ją denerwować, gdy naprzeciw wyszła trójka dzieciaków. Najstarsze mogło mieć piętnaście lat, najmłodsza dziewczynka wtulała się w nogawkę spodni lidera grupy patrząc przerażona na nią. Trzy proste cele. Wycelować, strzelić, puścić krótką serię i po sprawie. Robot strażniczy był jeszcze za śmietnikiem, zanim zarejestruje strzały będzie po sprawie, a ona znowu nie będzie stanowiła zagrożenia.

— Proszę, czemu nam to robicie? — zapytał chłopak patrząc na nią.

— Taka praca — westchnęła bardziej do siebie i wycelowała.

Poczuła ukłucie i coś wyrwało jej karabin z rąk. Nie, nie miała rąk.

— Szybko, łapcie broń i komunikator — rozkazał tamten nastolatek, wokół niej przemknęło kilka duchów.

Gdy opadła na kolana z trudem łapiąc oddech zauważyła, że dzieciaków jest przynajmniej dwudziestka.

Cerbery będą miały niezłą zabawę, pomyślała i odpłynęła w ciemność.

1 thought on “Likwidacja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.