Na skraju

Poprawiła noktowizor. Wąski korytarz skąpany był w mleczno-zielonym świetle, tylko awaryjne czujniki poumieszczane w strategicznych punktach na ścianach i pod sufitem jarzyły się jaskrawo. Zrobiła krok, ciężki but zadudnił pustym echem, a cienka warstwa kurzu czy też pyłu, podniosła się dodając złowieszczą chmurę pod stopami. Zacisnęła mocniej dłoń na glocku. Druga buczała cicho, gdy nagrzewał się pulsator.

– Nie nakurz – powiedział męski głos w słuchawce. – Za zakrętem masz rozwidlenie, maszynownia po lewo, a mostek po prawo.

– Udało ci się już włamać? – zapytała stawiając kroki ostrożniej. – Przydałoby mi się trochę światła. Gdzieś ty nas w ogóle wpakował?

Śmiech. Westchnęła i wróciła do inspekcji opuszczonego korytarza. Wszystkie systemy stacji były sprawne, łącznie z podtrzymywaniem życia, tylko coś, zapewne jakieś przepięcie lub inna usterka, blokowało oświetlenie. Dziewczyna ponownie poprawiła za duży noktowizor, który zsuwał jej się przy każdej parze kroków. Przeklęła pod nosem ze złością fabryczny sprzęt bez możliwości regulacji, gdy doszła do rozwidlenia.

– No, pilnuj języka, w końcu jesteś w gościach – zadrwił irytująco głos.

– Zamknij się – odparła. – Masz już coś?

– Kończę.

Przez chwilę rozważała, w którą stronę pójść. Ale uznała, że na mostku prędzej zdobędzie jakieś informacje. O ile w ogóle doczeka się jakiegoś oświetlenia.

Stacja kosmiczna była przeraźliwie cicha i martwa. Dryfowała od dłuższego czasu wokół sporego księżyca, satelity gazowej planety orbitującej w układzie pulsara – czerwonego olbrzyma i wampirzego białego karła. Aż dziwne, że w ogóle było w tym układzie coś jeszcze. Gwiazdy były już na wykończeniu, za jakieś pięć milionów lat zostanie z nich prawdopodobnie niestabilny magnetar. Planeta, jedna z pięciu godnych uwagi w tym systemie, ściągała wszelkie wolne skrawki kosmosu z okolicy, stając się spalarnią śmieci. Znajdowała się w wystarczającej odległości od gwiazd, by nie ściągały jej w swoim kierunku. Widok przez nieliczne bulaje stacji regularnie, co pół godziny, rozświetlał jakiś płonący w trującej atmosferze Deep Sea meteor. Ale za to księżyc okrążający Deep Sea, Blue, był nie lada gratką dla wszystkich gajańskich korporacji. Złóż krzemu łasemu KommLinkowi wciąż było mało, więc jako pierwszy wysłał misję kolonizacyjną. Przy okazji badań niskiego promieniowania MedEx i WarExpo natrafiły „przypadkiem” na dane o “kilku” kilotonach uranu. To wystarczyło, by nagle każdy wielki prowadzący interesy na Gai i jej koloniach uznał, że kawałek Blue musi zgarnąć dla siebie. A żeby było sprawiedliwie i uczciwie oraz żeby zapobiec ewentualnym konfliktom zbrojnym, Naczelnik Ojczyzny Wszystkich Gajan zarządził wspólną inwestycję tych wielkich. I, o dziwo, wszystko szło jak z płatka. Dopasowano ujście pobliskiego portalu pomiędzy dwoma gwiazdami, mimo kilku zaledwie ofiar w postaci trzech ekip oblatywaczy, a przedsięwzięcie ogłoszono sukcesem i niedługo później wspólny projekt, stacja kosmiczna wszystkich Gajan, Gae, lśniła w obcej części kosmosu krążąc wokół pary Deep Sea i Blue. Nagle, jakieś trzy, cztery miesiące temu, urwały się przekazy ze stacji. Wysłano dwie ekipy, by sprawdziły co się stało, jednak żadna z nich nie powróciła, nie zdała nawet raportu. Tęgie głowy w InTech doszły do wniosku, że problemem może być niestabilność portalu. Wysłano trzecią ekipę, dwójkę oblatywaczy, by sprawdzili ponownie tunel.

– Co tu się stało? – mruknęła do siebie szukając jakichkolwiek śladów bytności kolonistów ze stacji.

– Na pewno co innego niż myślimy – mruknął głos w słuchawce.

Syknęła zła, że zapomniała wyłączyć mikrofonu. Z drugiej strony mieli odgórne wytyczne streamowania wszystkiego co im się przytrafi do czarnej skrzynki. Na wypadek, gdyby oni też nie powrócili. Pocieszające.

– Czekaj, wróć – zamarła uważnie rozglądając się po korytarzu. – Bardziej z lewej, tam się coś poruszyło.

– Aha – poczuła ciarki przechodzące po plecach. W hangarze był komplet kapsuł ratunkowych, i dwa statki ekip ratunkowych w nienaruszonym stanie. Jedynie brakowało pasażerów. A durny Ray próbuje ją dodatkowo nastraszyć. – Serio coś widziałeś?

– Nie… Musiał czujnik błysnąć. Cholera, kto te systemy stawiał?

– A co? Takie trudne? – parsknęła dochodząc do grodzi oddzielających strefy. – Bo nie wiem czy jestem zdana na siebie przy tych drzwiach…

Tsss. Grodzie otworzyły się z sykiem.

– Nie, taki pierdolnik w plikach – mruknął Ray dalej zajęty. – Ok, wyłącz nokto, zaraz będziesz tam miała czerwono.

Przy kolejnym kroku o mało się nie poślizgnęła na mokrej plamie, ale przytrzymała się grodzi. Wyłączyła noktowizor, a korytarz rozświetliło światło awaryjne. Pomigało parę sekund, a potem ustabilizowało się.

– Nic lepszego mi nie wyczarujesz? – zapytała sceptycznie i przyjrzała się glockowi w lepszym oświetleniu. Znalazła go na podłodze przy wyjściu z hangaru, z pełnym magazynkiem. Leżał bezpańsko tuż przy włazie, a wokół nie było żadnych śladów bytności poprzedniego właściciela.

– Staram się, ale byłoby mi łatwiej, gdybyś wreszcie doszła na ten mostek i uruchomiła zdalnie. Tu naprawdę pracowali chyba z każdej korporacji, bo takiego bajzlu to nawet na Gai nie ma… Sena?

– Jestem.

Przykucnęła, żeby zbadać plamę, dotknęła ją okrytą rękawiczką dłonią, ciecz była dość gęsta i połyskiwała w czerwonym oświetleniu. Jak wszystko w metalowym wnętrzu pachniała metalem. Dziewczyna pobrała próbkę na odczynnik i przeskanowała ją w lewej, pancernej rękawicy. Czujnik zaświecił się na zielono. Organiczne, nieskażone. Cokolwiek by to znaczyło, ale nie miała teraz warunków na dokładniejsza inspekcję. Ani czasu na pełne sekwencjonowanie.

– Ray, przeskanuj mi tę próbkę i daj znać co to – wysłała surowe dane z odczytu do ich statku.

– Się robi… To światłem już nie jesteś zainteresowana?

Nie odpowiedziała. Dopiero teraz zauważyła, że ta mokra plama ciągnie się przez cały korytarz. Poszła za nią zaciskając nerwowo dłoń na broni.

Zapach unoszący się w tej części korytarza był coraz bardziej uciążliwy. Mdlił i drapał w gardło, zupełnie jakby coś się psuło. Oznaczenia na ścianach wskazywały, że była już blisko. Zresztą, plama ciągnęła się wskazując drogę. Za kolejnym zakrętem smród był nie do zniesienia, przytknęła opancerzoną w metalową rękawicę lewą dłoń uruchamiając automatycznie maskę gazową, drugą dłonią przyczepiła ją do gogli.

– Coś się stało? – głos w słuchawce zaniepokoił się. – Systemy twierdzą, że zostało ci tlenu na 30 minut.

– Co z tym światłem? – wycharczała krótko przez oprzyrządowanie. – I przeskanuj mi tę próbkę.

Odpowiedziały jej krótkie, niezadowolone mamrotania. Sena nie była pewna, ale wydawało jej się, że w kilku zgrabnych epitetach opisały pożycie jej szacownej rodzicielki.

– Pamiętaj, że jesteś z tej samej linii co ja – zaśmiała się mechanicznie.

– 29 minut – uciął Ray. – Lepiej się pośpiesz.

Przestąpiła próg kolejnych otwartych grodzi wchodząc do większego pomieszczenia. Pod bocznymi ścianami poustawiane były wbudowane w biurka komputery. Wszystkie ekrany były wygaszone, a przedmioty leżały w pozornym nieporządku, jakby ktoś przed chwilą odszedł od pracy. Sena skupiła wzrok na mokrej plamie, która urywała się przy włazie po przeciwnej stronie pomieszczenia.

– Ray, albo mi załatwisz światło, albo wreszcie powiedz co tu tak śmierdzi – warknęła przechodząc ostrożnie po metalowej podłodze. Starała się ominąć plamę, która wyglądała jakby woźny ciągnął za sobą mokry mop, tylko miała konsystencję farby.

– Nie mówiłaś, że śmierdzi – odszczeknął oburzony mężczyzna. – Skaner nic nie mówi o skażeniu?

– Czysto, ale nie podoba mi się…

– Raczej brudno – wtrącił złośliwie. – Zanim cię wpuszczę na pokład będziesz musiała się odkazić w śluzie, bo jeszcze przyniesiesz jakiś syf.

Nie odpowiedziała, stała na wprost grodzi prowadzących na mostek. Panel był przepalony. Przyjrzała mu się dokładniej. Wyglądał jakby ktoś wypalił w niego serię z jednego z tych nowoczesnych blasterów, które nosiły służby specjalne. W sumie logiczne, że taki duży projekt będzie nadzorować ktoś z ludzi Naczelnika.

– No, no, jakiś nadgorliwiec – podsumował Ray.

– Przestaniesz wreszcie gadać i weźmiesz się do roboty? Tlen mi się skończy zanim ty ruszysz dupę.

– Komputer twierdzi, że dalej masz tlenu na 29 minut. Sena, pamiętaj, mózg potrzebuje tlenu, myśleniu to pomaga… – zamilkł na chwilę, która dziewczynie dłużyła się niemiłosiernie, już planowała jakąś ripostę, ale Ray ponownie się odezwał. – A ta próbka to krew. Skąd ją masz? O, 28 minut, 27 i 30 sekund. Hej, dostałaś zadyszki! Spokój.

Cofnęła się o krok od grodzi, a potem drugi. Rzut przez ramię na podłogę utwierdził ją w przekonaniu, że mokra plama na pewno jest ciemnoczerwona i to ona wydziela ten dziwny zapach. I jest świeża, bo nie wyschła. Góra jednodniowa. Czyli jej właściciel albo dogorywa, albo już skonał za tymi drzwiami. Pytanie dlaczego? Uspokoiła oddech.

– Co z tym światłem? – odchrząknęła, bo głos jej się zaczął łamać. Nie mogła sobie pozwolić, żeby ta sierota, Ray, zauważył, że ona się boi.

– Nic z tego – chłopak był wyraźnie niezadowolony. – Coś mnie blokuje. Otworzyć ci te drzwi?

Zastanowiła się.

– Dajesz.

Gotowa, że wyskoczy na nią stado małych stworów, rodem z bajek dla dzieci, których naoglądała się jako mała kadetka, ustawiła się w najbardziej ergonomicznej pozycji. Krwi było tyle, że jej właściciel raczej o własnych siłach tam nie wszedł, a przynajmniej to zaczynała podpowiadać jej wybujała wyobraźnia. Czekała ze zniecierpliwieniem na charakterystyczny dźwięk odpuszczających siłowników. Jednak parę bardzo wyważonych i oszczędnych w zużycie tlenu oddechów później dalej nic się nie stało.

– Ray? – warknęła ostro.

– Chwila, coś mnie blokuje, mówiłem… Szlag, odcięło mnie.

Sena wpatrywała się w napięciu w drzwi. A jeśli tam jeszcze ktoś żyje i trzeba udzielić mu pomocy? Wtedy Ray będzie musiał ruszyć swój szanowny tyłek z przytulnego kokpitu ich Żuka, by przynieść jej medpacki, jaki będzie szczęśliwy na tą myśl. Uśmiechnęła się złośliwie.

– Nic z tego, system wywala jakieś błędy. Albo wędrujesz na drugą stronę do maszynowni, żeby ręcznie wszystko zrestartować, albo sama się z nimi mocujesz.

– A będzie mi się chciało teraz wracać? – parsknęła na tą oczywistość i podeszła do grodzi.

Przyłożyła opancerzoną dłoń w miejsce łączenia obydwu przegród zamknęła pięść, a z pancerza wysunęło się cienkie ostrze. Już miała je wsunąć w szczelinę, gdy spanikowany głos ją prawie ogłuszył.

– Czekaj! Komputer odcyfrował błąd.

– I?

– I jak otworzysz ten właz to cię wyssie na zewnątrz. Dziura w poszyciu.

Westchnęła otwierając dłoń, ostrze schowało się.

– Jak się cieszę, że jak zwykle reagujesz szybko i ostrzegasz mnie w odpowiednim momencie – powiedziała złośliwie odwracając się na pięcie. Pięć minut cennego tlenu zmarnowane na dywagację przy próżni. Jak w Akademii.

– Dziękuję, staram się jak mogę – gdyby Sena go nie znała, pomyślałaby, że Ray szczerze jej dziękuje, gdyż bardzo skrzętnie ukrył złośliwość w głosie. Może i każdy inny by się nabrał, ale ona? JEGO p i l o t? Śmiech. – Co z tobą? Za mocną mieszankę masz, że ci tak wesoło?

Nie odpowiedziała, tylko dość szybkim krokiem przemierzyła drogę powrotną do rozwidlenia. Powoli kroił jej się scenariusz co się stało na stacji, a przynajmniej co się zdarzyło w tym konkretnie sektorze. Coś spowodowało nieszczelność w poszyciu, wyssało kogo mogło, aż jeden z ludzi Naczelnika heroicznie zablokował mostek. Ale z jakich powodów lub co było dalej pozostawało tajemnicą. Tylko, że coś jej nie dawało spokoju w tym cudownie przejrzystym planie. Jeśli próżnia wysysała ze statku całe życie, to czemu w pomieszczeniu wcześniej był taki… nieporządek?

– Sena? Mów do mnie, bo mi obraz głupieje – głos w słuchawce zrobił się zabawnie nerwowy. W każdym razie zazwyczaj ją bawiła nerwowość Raya.

– Żyję, żyję – uspokoiła partnera poprawiając maskę. Trochę za szybko zużywała tlen. – Co się dzieje?

– Muszę odseparować systemy, bo chyba złapaliśmy jakiegoś bakcyla ze stacji…

– I to niby ja mam przejść kwarantannę w śluzie? – mruknęła ponuro. – Czy ty zawsze wpychasz łapy pod wrzątek? Nie, nieważne, nie pytałam…

Przeszła rozwidlenie. Przechodząc cały korytarz po raz drugi, dopiero teraz zauważyła, albo była to kwestia odrobinę lepszego oświetlenia, głębokie rysy znajdujące się na wysokości głowy po prawej stronie. Podeszła bliżej do ściany i przyjrzała się dokładniej rysom. Były szerokie, tak szerokie, że spokojnie zmieścił jej się palec, gdy przejechała nim po krawędziach wgłębienia. Przypominały cięcia jakimś topornym nożem, tasakiem, albo siekierą. Najprędzej siekierą, ewentualnie szpadlem. Pozostałość po Starym Świecie, gdzie w planach ewakuacyjnych zamieszczano w strategicznych punktach siekierę i gaśnicę, w innych rejonach gajański kolonii szpadel i gruby koc. Były lepsze rozwiązania, nowocześniejsze, bezpieczniejsze i szybsze, ale jednak coś w mentalności Gajan powodowało, że w obliczu zagrożenia sięgali po te stare, sprawdzone metody. Ale po co przebijać się przez litą ścianę?

– Sena, ja przez najbliższe pięć minut jestem tylko na audio, jakby coś się działo, to krzycz – poinformował ją Ray. Długo musiała zwalczać ochotę, by się zdrowo wydrzeć.

Ale z drugiej strony, spanikowany nawigator nic by jej nie pomógł.

– To się pośpiesz, bo nie wiem gdzie mam iść, a tlen mi się zużywa.

– Właśnie, czemu w ogóle założyłaś maskę? Przecież czujniki dały zielone światło.

Skręciła w prawo i natrafiła na wyważoną przegrodę. Jedna połowa była zablokowana, a Sena zauważyła na niej takie same ślady jak na ścianie kilkanaście metrów wcześniej.

– A, tak jakoś… – zniżyła głos do szeptu przysuwając się bliżej prawej ściany. Światło awaryjne zamigotało na chwilę. – Długo jeszcze?

– Coś ty taka niecierpliwa? Rób swoje i daj innym w spokoju pracować – obruszył się nawigator.

Poprawiła gogle, by nie przysłaniały jej uszu, przyciszyła słuchawkę w prawym uchu i przysłuchiwała się przez dłuższą chwilę martwej stacji. Odległe dudnienia metalu uderzanego przez skrawki kosmicznego gruzu, który jakimś cudem uciekł olbrzymiej grawitacji Deep Sea i nie trafił w Blue. Buczące diody w oświetleniu awaryjnym. Wentylacja. Ledwie słyszalny w wyciszonej komunikacji oddech Raya, musiał być zdrowo wkurzony, bo niemiłosiernie sapał. I jej własne tętno. Poza tym cisza, kosmiczna cisza.

Nie. Coś jeszcze. Ledwie słyszalne, bardzo daleko, niesione przez szyby wentylacyjne, skrobanie. Jakby ktoś drapał paznokciem po szkle. Znowu zamigotały światła.

– Ray, kiedy włączysz mi światła? – złapała się na tym, że ze sporym wysiłkiem kontroluje swój głos.

Cisza.

– Ray? – poprawiła słuchawkę. Nie było sygnału. – Szlag.

Lekki szum. I to skrobanie. Jakby bliżej, albo nie. Wywołało u niej swędzenie na karku. Obniżyła temperaturę kombinezonu o dwa stopnie. Zrestartowała komunikator, ale ciągle słyszała szum. Tlenu starczy na 20 minut, jednak, mimo że mogłaby spokojnie zdjąć maskę, coś jej podpowiadało, że to będzie zły pomysł.

Podeszła powoli do zablokowanej grodzi i wsłuchała się uważnie. Za ścianą było jakieś spięcie, bo słyszała przebicia elektroniki. Możliwe, że to przepalone światło, gdyby je odcięła, to prawdopodobnie udałoby się uruchomić normalne oświetlenie.

Zacisnęła lewą dłoń i z opancerzonej rękawicy wysunęło się spore ostrze. Przysunęła się do włazu. Rysy z bliska wyglądały imponująco, bardziej przypominały cięcia mieczem, podobnym do tego, który właśnie aktywowała w pancerzu, ale musiały być zadane ze sporą siłą, skoro zostawiły tak długie ślady. Jakby ktoś zdrapywał paznokciami tapetę. Wzdrygnęła się wyobrażając sobie dźwięk, który powstał podczas cięcia.

– Ray, idę dalej – powiedziała szeptem. Nie była pewna, czy komunikacja siadła zupełnie. Na wypadek, gdyby tylko z jej strony wysiadł odbiór, wolała nadawać dalej. – Ale cię nie słyszę, bo coś się z kommem stało. Spróbuj to ogarnąć, a ja chyba znalazłam sposób na włączenie światła. Tak myślę. Idę.

Parsknęła. Gdy brakowało irytującego głosu Raya musiała zapełnić przerażającą ciszę stacji. Choć to nie cisza ją przerażała, połowę życia spędziła we wszechobecnej próżni kosmosu, ale wyczulony słuch potrafił w takich warunkach płatać figle. Na przykład to skrobanie. Jakby było za włazem.

– Dobra, rusz dupę – syknęła na siebie. – Raz, dwa…

– Trzy – usłyszała zza włazu.

Odskoczyła odwracając się.

***

– Ray, kiedy włączysz mi światła? – głos Seny drżał nerwowo.

– No chwila, nie wszystko na raz – odparł skoncentrowany na klawiaturze Ray. Rozumiał, że Sena była zaniepokojona poza statkiem. Do diabła, od urodzenia byli tak warunkowani! Ale to ona była operacyjnym w ich małym zespole i powinna mieć trochę więcej… jaj. – I oddychaj trochę oszczędniej, bo zaraz będziesz wdychać sam dwutlenek…

– Ray?

– No czego?

– Szlag.

– Sena, słyszysz mnie? – poprawił mikrofon, ale przekaz był niezakłócony. Poza brakiem obrazu, ale brakowało mu tylko kilku linijek, żeby to załatwić. – Dziewczyno, jesteś tam w ogóle jeszcze?

Obraz, dźwięk, światło, a i dodatkowo urojone skażenie. Co jeszcze miał zrobić na raz? Enter i z powrotem miał podgląd na korytarz.

– Wow – odskoczył od ekranu przyglądając się głębokim nacięciom na grubym metalu. – Jakiś desperat albo inny furiat… Dalej mnie nie słyszysz? Czemu się wymrażasz?

Przyjrzał się odczytom Seny na ekranie obok. Zmniejszyła temperaturę kombinezonu, żeby zmniejszyć zużycie tlenu, mądrze, ale według Raya o jakieś dwa stopnie za nisko. Wzruszył ramionami, to ona była przeszkolona i wiedziała co i czemu robić.

– Ray, idę dalej. Ale cię nie słyszę, bo coś się z kommem stało. Spróbuj to ogarnąć, a ja chyba znalazłam sposób na włączenie światła. Tak myślę. Idę.

– Spoko, złotko, zaraz ci wyśpiewam jakąś serenadę – mruknął pod nosem pracując nad kolejnym fragmentem kodu. – Zaraz, jakie światło? Dobra, nieważne, dźwięk.

Wpatrywał się w odczyty, ale coś mu się nie zgadzało. Wszystko wyglądało jak trzeba, poza tamtą drobną usterką z obrazem. Zerknął na stream na oddzielnym ekranie, na odseparowanym od systemów komputerze. Teoretycznie nie powinien mieć podglądu na zapis czarnej skrzynki, bo takie były procedury, ale razem z Seną uznali, że ta misja była zbyt podejrzana i woleli wiedzieć wszystko.

– Senuś, według komputera ty mnie doskonale słyszysz, wiesz? – powiedział zaniepokojony przyglądając się wszystkim odczytom, teraz skupił się na biometryce pilota. Temperatura oscylowała na granicy wychłodzenia. – Sena, co ty wyprawiasz?

– Dobra, rusz dupę – syknęła Sena całkiem go ignorując. – Raz, dwa…

– Trzy – dorzucił ze złością.

Sena odskoczyła od włazu rzucając maskę na podłogę i zrywając połączenie.

– Że co? – Ray próbował nawiązać kontakt, ale bezskutecznie. – Sena, idiotko, co ty odstawiasz?

Cisza.

Jedyne odczyty jakie miał, to bezpośrednie z kombinezonu dziewczyny. Nie zużywała już tlenu, ale temperaturę obniżyła o kolejne pół stopnia. Czujnik zaczął pulsować na czerwono.

– Głupia baba – warknął Ray rozpaczliwie próbując podłączyć się do monitoringu stacji, ale za nic nie mógł obejść zabezpieczeń. – Głupia, kretynka, idiotka. Z drugiego sortu. Nie ma co robić, tylko świrować. Na durnej stacji.

***

Za włazem nic nie było, ale kątem oka zauważyła, że w oddali coś się poruszyło. Zamrugała, nic. Odruchowo chciała uruchomić lunetę, ale zorientowała się, że nie ma maski.

– Cholera – warknęła szukając jej na podłodze, podniosła rozłamane na pół oprzyrządowanie. – No po prostu cudownie… Jak ja nienawidzę wspólnej przestrzeni.

Przypięła popsuty sprzęt do paska i ruszyła dalej przed siebie. Światło ponownie zamrugało wywołując gęsią skórę. Mieli sprawdzić, czy portal jest stabilny, zdać raport i wrócić. Ale nie, Rayowi się ubzdurało, że przy okazji “zajrzą” na stację, bo wygląda, że wszystko jest w porządku. Jasne, w porządku. Szlag, czemu nie oblecieli całej przed lądowaniem? Nie mogła sobie przypomnieć co się tak naprawdę stało, że bez przygotowania wylądowali na stacji. Ray się śpieszył, żeby posadzić Żuka w doku.

– By cię pokręciło, Ray – syknęła poprawiając chwyt na glocku. – Następnym razem ty idziesz na zwiad, a ja grzeję dupę w kokpicie.

Przez chwilę wahała się, czy jednak lepiej byłoby wrócić na statek i wymienić maskę na nową, ale uznała, że dość czasu zmarnowała na wygłupy ze swoim partnerem. Ruszyła dalej, byle jak najszybciej dotrzeć do maszynowni i pozbyć się tego cholernego światła awaryjnego. Gdzieś z tyłu głowy miała dziwne odczucie, że o czymś dość istotnym zapomniała, ale próba przypomnienia sobie skończyła się tym, że zrobiło jej się piekielnie gorąco.

– Teraz wentylacja głupieje? – zapytała na głos obniżając temperaturę kombinezonu o stopień. – Co to w ogóle za szajsowe miejsce?

Za kolejnym zakrętem zobaczyła go, a raczej to. Stało na końcu korytarza, przed zamkniętym włazem i wielkimi szponami próbowało go otworzyć.

***

– Sena, dlaczego mi to robisz? – Ray czuł, że zaraz zacznie panikować i dostanie hiperwentylacji. – Durna babo, włączaj komma.

Trzecia próba włamania się do systemów monitoringu stacji spełzła na niczym, gdy przez pomyłkę wcisnął nie to co trzeba. Z trudem opanował drżenie rąk, by nie skasować czegoś ważnego. Teraz będzie musiał odczekać przynajmniej piętnaście minut przed kolejną próbą, żeby całkiem nie wysadzić zegarów. Wszystko przez Senę. Zachciało jej się lądować na stacji, gdy mieli tylko sprawdzić portal. Nadgorliwa kadetka, zawsze. W Akademii też wyrywała się przed szereg, mało przez nią nie wylecieli. A bycie odrzutem dla niedoszłego oblatywacza znaczyło pracę na jakiejś nędznej stacji jako dozorca, albo sprzątaczka. Na szczęście Naczelnik wspaniałomyślnie zlikwidował prawo nakazujące utylizację nieudanych egzemplarzy. Sena oscylowała na granicy “nieudanego egzemplarza” i jeszcze do tego teraz musiała dostać świra.

– Jak się nie ogarniesz, odlatuję bez ciebie – zagroził w przestrzeń. Mimo, że był świadomy, że ta groźba była pusta, poczuł się odrobinę lepiej, żeby być w stanie pracować dalej. Żuk był przystosowany do jednoosobowej załogi, on też był przeszkolony w pilotażu, wprawdzie nie miał takiego refleksu jak Sena, ale z pomocą auto-pilota, który zarejestrował poprzednią trasę, spokojnie wróciłby na Gaję. I nawet nikt z przełożonych nie miałby mu za złe, bo czekali na niego lepiej dopasowani piloci niż Sena. Tak samo na Senę czekało stado nawigatorów, których zgranie oscylowało w granicach 90-94%. To jednak właśnie oni, z dopasowaniem coś koło 51-52% byli najskuteczniejszym zespołem oblatywaczy z wszystkich latających, a poza tym, głupia, nie głupia, była Jego pilotem i nie mogła sobie tak po prostu ześwirować poza ich domem.

– Dobra… Będziesz tego żałowała, ale patrz do czego mnie zmuszasz – znowu rzucił ostrzegawczo w stronę ciemnego ekranu i wstał z fotela. – Idę po ciebie, tylko mnie nie zastrzel.

***

Miała wrażenie, że jeszcze jej nie zauważył, a nawet jeśli, to nie robił sobie z tego nic szczególnego. Był człekokształtny, tylko większy i pokryty lśniącą łuską, wielkie szpony przypominały fragmenty pancerza wspomaganego starszej generacji. W testach wypadał gorzej niż najnowszy model. Poczuła się trochę pewniej. Garbił się, a przerośnięte stawy skokowe ustawione miał na boki. Niedobrze, szybko się przemieszcza, a korytarz nie był dość ciasny, by utrudnić tak dużej istocie poruszanie. Wsłuchała się w serce stwora, biło szybciej niż jej własne. Albo był chory, albo zdenerwowany. Żałowała, że nie miała maski. Co jeśli pluje czymś żrącym, albo ją zarazi? Ray będzie wściekły, że znowu czeka ich kwarantanna na Io. Dobrze, że ona poszła na zwiad, on by umarł na zawał widząc coś tak okropnego.

Pół wdechu później stwór przestał walczyć z grodzią. Niedobrze, zorientował się. Sena omiotła wzrokiem cały korytarz, ale nie znalazła niczego, co by mogła użyć jako tarczy. Poza kombinezonem z siatki nie miała żadnej ochrony. Wprawdzie jej strój chronił przed promieniowaniem kosmicznym aż w 95% i przed pociskami, rozpraszał też energię z blasterów, ale w testach przeciwstawnych, czyli gdy broń była stworzona z tego samego stopu co siatka wzmacniająca, super nowoczesny kombinezon wypadał słabo. Pozostało liczyć, że szpony stwora są organiczne.

Wydech. Między łuskami zauważyła szczeliny i miękką skórę pod nimi. Po budowie sądząc, organy witalne znajdują się trochę poniżej lokalizacji ludzkiego żołądka. Dogodna wysokość przy różnicy wzrostu jaka między nimi była. Podstawa czaszki wyglądała obiecująco. Niechroniona, całkiem odsłonięta. To pułapka. Organ decyzyjny znajduje się niżej.

“No, atakuj” pomyślała podekscytowana czując jak fala adrenaliny wyostrza jej zmysły. W korytarzu zrobiło się widno, jak przy normalnym oświetleniu, tylko bez koloru.

***

Trzy razy sprawdził zapięcie od kombinezonu. Nie doszukał się żadnej nieszczelności. Podłączył butlę do hełmu i założył. Przejrzał dokładnie rękawice. Zapas tlenu na zewnątrz starczy mu na pięć godzin poszukiwań. Wprawdzie, kombinezon próżniowy był niewygodny i ciężki przy normalnej grawitacji, ale Ray postanowił nie ryzykować, że złapie to samo co jego pilot. Podejrzewał, że po prostu chodziło o za wysokie stężenie dwutlenku węgla, które jakimś cudem nie wykryły czujniki, ale zważywszy, że i tak szwankowały, to było bardzo prawdopodobne. Tym bardziej jednak musiał się przygotować i pomóc dziewczynie.

– Głupia Sena – powtórzył pod nosem jeszcze raz sprawdzając sprzęt. – Tylko się tam trzymaj.

Otworzył śluzę i ostrożnie wyszedł ze statku. Naokoło było przeraźliwie pusto, mimo obecności statków i kapsuł. A ogrom przestrzeni go przytłaczał. Szybkim krokiem przeszedł do włazu prowadzącego do wnętrza stacji. Włączył latarkę na hełmie, żeby doświetlić sobie drogę. Pierwsze co rzuciło mu się w oczy to wielkie nacięcie w grubej ścianie. Zamarł w bezruchu wpatrując się w nie oszołomiony. Na ekranie monitora te ślady wyglądały mniej groźnie.

Czujnik ruchu zawibrował. Ray o mało nie upuścił latarki. Przełączył wyświetlacz na szybę hełmu. Jedno źródło, dość blisko. Praktycznie za ścianą. Niestety, musiał okrążyć stację naokoło, żeby się dostać do tego pomieszczenia. Czemu piloci byli tacy wytrenowani? Będzie musiał teraz gonić Senę przez ciasne korytarze. Zamiast siedzieć w Żuku i naprawiać usterkę, o której zapomniał powiedzieć dziewczynie przed wyjściem przez Portal. Drobiazg, który zupełnie nie miał wpływu na funkcjonowanie statku, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdy lądowali na stacji. Był w trakcie ostatnich testów, równocześnie walcząc z systemami stacji kosmicznej, gdy jego pilot dostał świra.

Dobra nauczka. Nic nie kryć, bo będzie źle. Parsknął ruszając korytarzem w lewo. Znalazł tylko więcej szram po łopacie. Komuś naprawdę się nudziło.

Zaczął gwizdać pod nosem melodyjkę, która zawsze go uspokajała i szedł dalej korytarzem rozglądając się naokoło. Żałował, że nie skupił się bardziej nad hakowaniem systemu, miałby teraz normalne oświetlenie.

***

Zblokowała atak glockiem. Błyszczące szpony wbiły się w pistolet grzęznąc w połowie. I tak był zacięty. Aktywowała ostrze w drugiej ręce i wbiła między łuski w odsłonięty tors stwora. Potwór charknął i szarpnął z całej siły. Sena już go puściła i przemknęła pod drugą łapą za plecy. Zamachnęła się, by zaatakować kark, ale na szyi stwora otworzyła się para oczu.

– Co do… – sapnęła odskakując do tyłu. Zupełnie nie zauważyła leżących zwłok na podłodze. Runęła do tyłu uderzając rękawicą o metalowe kraty w podłodze. Materiał wgiął się zakleszczając wokół pancerza. – Szlag!

Próbowała wyszarpnąć dłoń. Bezskutecznie. Ostrze przecięło tylko kraty z jednej strony, a pułapka zacisnęła się jeszcze mocniej.

– Szlag, szlag, szlag… – odbezpieczyła zapięcie i dłoń wypadła z rękawicy.

W ostatnim momencie zdążyła rzucić się na bok. Stwór wbił się w kratkę przy pozostawionej rękawicy. Ciągle stał do niej tyłem, a może to był przód? Dwoje oczu łypało na wszystkie strony jak oszalałe. Sena dostrzegła pałkę energetyczną przy boku leżącego trupa mężczyzny. Ochroniarz, nawet nie zdążył z niej skorzystać. Nim stwór oswobodził łapy, a zrobił to bez problemu, Sena zdołała dopaść pałkę. Nie czekając aktywowała ją i wbiła wprost w jedno z dwojga oczu. Pulsujący strumień energii zaiskrzył i momentalnie powietrze wypełniło się swądem przypalonych tkanek. Pozbawiona wzroku paszcza wydała z siebie przeciągły skrzek.

– Sorry – powiedziała z ponurym uśmiechem, wyciągnęła pałkę i zaczęła okładać nią potwora.

W pewnym momencie skrzek zamienił się w kwilenie, a potem ucichł całkiem. Dziewczyna czuła, że śmierdząca posoka zdążyła obryzgać jej cały kombinezon, ale nie przestawała. Jeśli stwór się podniesie…

– Sena! – przerwał jej zniekształcony krzyk Raya. – Zostaw! Koleś jest sztywny, głupia!

***

– Co to do cholery było? – Ray beształ ją na ich statku tuż po tym jak wyszła z kwarantanny.

Zerknęła na swoje spięte cybantami dłonie. Procedura bezpieczeństwa. Nie miała serca powiedzieć Rayowi, że za słabo ją spiął, a nawet skrępowana mogłaby skręcić mu kark na przynajmniej pięć kreatywnych sposobów. Dalej nie mogła zrozumieć, jak mogła pomylić człowieka z potworem. Dodatkowo martwego od dłuższego czasu człowieka.

– Skaner twierdzi, że masz hipotermię, kretynko – warczał dalej rzucając na nią koc termiczny, momentalnie zrobiło jej się zimno. Albo gorąco. Trudno było stwierdzić. Bez kombinezonu jej skóra nie potrafiła dostosować się do warunków zewnętrznych. – I lekkie niedotlenienie. Siadaj.

Usiadła na ławce, maska tlenowa opadła jej na twarz. Zerknęła na swój zniszczony kombinezon i poczuła się, jakby ktoś zerwał z niej skórę. Na szczęście nie zniszczyła rękawicy. Pancerz był mocny, ale nie niezniszczalny. Nadmiar tlenu wywołał mroczki przed oczami. Maska odpuściła i schowała się w panelu powyżej.

– Pal licho, że cię wywalą ze służby za takie akcje – kontynuował Ray bezproduktywny opieprz. – Ale pomyśl, że przez twoją głupotę innym może stać się krzywda. A jakbyś zaatakowała kogoś żywego, mnie?

– Smród tchórza byłby nie do zniesienia i zostawiłabym cię w spokoju – odgryzła się opierając głowę o zimną ścianę, zamknęła oczy. Skóra na plecach reagowała na każde przesunięcie materiału niemiłymi dreszczami. Chłopak mruknął coś pod nosem niezadowolony. – Ray. To nie był człowiek.

– Tylko trup, zdążyłem zauważyć. Ale zmarłym chyba też się należy trochę szacunku zanim zostaną zutylizowani.

– Nie – ucięła poważnie. Bez kombinezonu czuła się naga. Technicznie, była naga, ale brak drugiej skóry, którą ściągała bardzo rzadko, był uciążliwy. Jej prawdziwa skóra odwykła od normalnej pracy i wzmożona ilość bodźców utrudniała koncentrację. – Zaatakował mnie jakiś stwór. Miał długie szpony.

– Jasne – odburknął. – Tak samo jak zepsuło ci się radio. Samo. Babo, ten sprzęt naprawdę ciężko się składa. Jak mamy usterkę na statku, nie będę się takimi głupotami zajmował.

Spojrzała mu prosto w oczy.

– Co mamy? – wycedziła przez zęby. Właściwie skończyli misję. Należało wrócić, zdać raport i czekać, aż zajmą się tym specjaliści. Im szybciej tym lepiej. Nie wiedzieli czemu tamten mężczyzna umarł. Jeśli był chory, oboje narazili budżet Gai na ogromne straty. Każda para oblatywaczy, to był chodzący majątek. Lata szkoleń, hodowla. Dobrane geny. Sprzęt.

– Drobiazg, nieistotny – skłamał. – Do domu dolecimy.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, ale Senie nie udało się wyciągnąć prawdy. Odwróciła wzrok. Poczuła się zmęczona. W końcu zeszła z niej cała adrenalina. Mimo że była operacyjnym w zespole, nie cierpiała misji zewnętrznych równie mocno jak Ray. O ile nie bardziej. Ale była lepiej przystosowana i wyszkolona. I tak dała ciała. Przygryzła wargę. Była na siebie wściekła. Spieprzyła sprawę. Gorzej niż pierwszoroczna kadetka. Ray miał rację ją ochrzaniając. Jeśli zostanie wycofana z czynnej służby, to będzie jej się to należało. Najwyraźniej, rzeczywiście nie nadawała się do misji. Oszukiwanie na testach tylko opóźniło ujawnienie prawdy. I naraziło Raya, najlepszego z nawigatorów. Mało który uzyskiwał takie wyniki jak on. A ona egoistycznie myślała, że będzie dość dobra, by mu dorównać.

– Ubieraj się – chłopak wyrwał ją z zamyślenia. – Wracamy, nie ma sensu tu dłużej siedzieć, a Portal będzie gotowy za pół godziny.

– Ray, portale między obydwoma karłami otwierają się dokładnie co trzydzieści jeden minut. Zdążymy.

– Zdążymy, nie zdążymy, nie chcesz już stąd wylecieć?

Przytaknęła. Miała dość tego miejsca. Zresztą, brakowało jej przestrzeni kosmicznej. Na stacjach nie dało się odczuć zmian, ani wymanewrować ciał obcych. Stacje biernie dawały się obijać kosmicznym śmieciom. Jak planety. Dziewczynie brakowało kontroli, nienawidziła być zdana na łaskę innych. W Żuku to ona była pilotem i to od niej zależało dokąd polecą. Mimo, że Ray ustalał koordynaty, bardzo często zdawała się na swój instynkt ignorując jego utyskiwania. Czasem miała wrażenie, że chłopak działa zbyt maszynowo.

Rzuciła koc termiczny na podłogę i poszła do swojej szafki, gdzie czekał na nią zapasowy kombinezon. Rozejrzała się po pokładzie, zrobiła straszny bałagan, ale i tak Ray pewnie wszystko posprząta. Nie potrafił wytrzymać w bałaganie. Przez to nie zdołał do tej pory odzwyczaić swojego pilota od bałaganienia, bo od razu po niej sprzątał. Uśmiechnęła się złośliwie.

– Sena, gdzieś ty to sobie zrobiła? – poczuła, że Ray łapie ją za bark. Skóra zaprotestowała boleśnie.

– Auć, uważaj, nie mam kombinezonu! – odwróciła się błyskawicznie, ale szczere zdziwienie w jego oczach zmartwiło ją. – Co takiego?

– Masz bliznę na łopatce – poinformował ją. – Taką sporą. Wielkości pięści.

Nie przypominała sobie, żeby na którejś z misji, a tym bardziej treningu nabawiła się takiej kontuzji.

– Pokaż – sięgnęła dłonią do pleców jednak, poza zwyczajnym mrowieniem nie poczuła niczego więcej. – Coś kręcisz, nic nie czuję.

– Głupia, chodź do lustra, zobaczysz – pociągnął ją za ramię, znowu zapomniał, że nie ma na sobie odzieży ochronnej i skóra buntuje się od dotyku.

Przed lustrem, a raczej przed układem luster, w którym można było się zobaczyć z każdej strony, Sena zauważyła większe niż dłoń zaczerwienienie na prawej łopatce, przypominało poparzenie od wrzątku.

– Może to od koca, w końcu nie mam kombinezonu – odparła wzruszając ramionami. – Założę drugi i się przeskanuję.

Nie czekając na jego reakcję, tak właśnie zrobiła. Nie mogła wytrzymać dłużej bez swojej zewnętrznej skóry. Zwłaszcza, gdy Ray ją dotykał. Wzdrygnęła się podświadomie i pośpiesznie wsunęła kombinezon. Szybko dostosował się do jej ciała. Na ramionach pokazały się odczyty z biometrii. Ustawiła ręcznie temperaturę na optymalną.

– Sena, za zimno – wtrącił nawigator. – Znowu wpadniesz w hipotermię.

– Chyba lepiej wiem ile stopni potrzebuję – odwarknęła i przepchnęła go na bok wychodząc z kajuty, a raczej wydzielonej przestrzeni do spania. – Zaraz startujemy, więc lepiej bierz się do roboty.

Wspięła się do kokpitu Żuka i zasiadła za sterami. Zaczęła procedurę startową. I tak, jeszcze pięć minut będą się rozgrzewały silniki. Ray usiadł obok niej, ale uważnie się jej przyglądał. Westchnęła starając się go zignorować. Jednak po chwili nie wytrzymała.

– Co? – burknęła nie patrząc na niego.

– Popraw temperaturę – wycedził nie spuszczając jej ze wzroku. – Bo jak znowu zaczniesz głupieć, wyrzucę cię przez śluzę.

– Głąbie, jest idealna – warknęła. Kiedy rozgrzeje się napęd, miała dość tej stacji.

– Nie jest – obstawał nawigator. – Jest co najmniej o pięć stopni za niska, zwolni twój refleks w tunelu, znowu narażasz misję. Po raz… trzeci dzisiaj.

Warknęła ostentacyjnie, ale ustawiła temperaturę na dopuszczalne minimum. I tak było jej gorąco. Strasznie gorąco.

Gdy silniki rozgrzały się wreszcie, Sena czuła, że cała się rozpływa od gorąca. Nieprzyjemny pot spływał jej po twarzy, karku, a nadmierne ilości łoju skleiły jej włosy. Ręka drgnęła w kierunku panelu kontrolnego, ale wzrok Raya odwiódł ją od głupich pomysłów.

– Ok, wykręcaj, zaraz wypompuję atmosferę i otworzę właz – chłopak skupił się na kontrolerach, idealny moment, by obniżyć temperaturę o stopień czy dwa. – No śpisz?

– Już, już – odparła, jeszcze za ciepło, ale przynajmniej przestała się rozpuszczać na fotelu.

Sprawnie wykręciła statek omijając o centymetry inne pojazdy w hangarze.

– Ty, nie szarżuj mi tu!

Zachichotała jak mała dziewczynka. Ray nie potrafił zrozumieć jak ją może bawić takie ryzykowanie. W przypadku uszkodzenia, będą zdani na siebie, a żadne, mimo podstawowej wiedzy, nie było wykwalifikowanym mechanikiem.

Właz się nie otworzył.

– Czekam – upomniała nawigatora.

– Chwila, nie mogę odpompować powietrza – Ray powtarzał sekwencję coraz bardziej nerwowo. – Żesz szlag. Ręcznie trzeba.

Parsknęła.

– To wyskakuj, może cię zabiorę – powiedziała złośliwie. Było jej wreszcie dość chłodno, by sprawnie operować.

Ray nie odwzajemnił jej złośliwości. Wyglądał na wyraźnie zmartwionego.

– Sena – jego głos był poważny, choć jej zbierało się tylko na śmiech. – Panele kontrolne są na mostku i w maszynowni. W samym hangarze jest uszkodzony, dlatego nie mogę go obsłużyć.

– To się połącz zdalnie z mostkiem, albo z maszynownią – odparła beztrosko.

– Nie da się, trzeba być na miejscu, to mechaniczne zabezpieczenie – wyjaśnił próbując już bardziej z przyzwyczajenia, niż żeby coś osiągnąć, uruchomić procedurę automatycznie.

– No to powiedz mi, geniuszu, skoro panel w hangarze jest uszkodzony, a zdalnie nie ma jak się połączyć z centrum dowodzenia, to jak w ogóle się tu dostaliśmy?

Nie spodobało jej się to, jak Ray na nią spojrzał. Chłopak był kompletnie zagubiony. Nie tego oczekiwała. Może i nawigator był tchórzem i życiowym nieudacznikiem, albo tak o nim mówiła Sena, ale z reguły znał odpowiedź na każdy problem. I sprawnie obracał go w złośliwy żart.

– Trzeba wysiąść i uruchomić procedurę z maszynowni – odparł automatycznie.

***

– Dobrze się zastanów, możesz jeszcze wrócić – szli w pełnych kombinezonach próżniowych przez hangar. Ray uparł się, że nie zostanie sam w kokpicie, bo musi pilnować pilota, żeby znów czegoś nie zrobiła.

Oprócz niemiłego wrażenia, że za każdym rogiem czyha to samo przywidzenie, co poprzednio tego dnia, Sena czuła się doskonale. Nawet nie przeszkadzała jej już temperatura. Niestety kombinezon swoje ważył i krępował ruchy, więc w pełni komfortowo nie było, zamiast broni białej musiała wziąć jedyny blaster szturmowy jaki mieli na pokładzie. Ray dzielnie dzierżył dwie latarki doświetlając czerwony korytarz.

We dwójkę droga na mostek minęła nie dość, że szybko, to jeszcze bez zbędnych przygód. Sena sama się sobie dziwiła, że dała się tak ponieść wyobraźni. Przez chwilę kontemplowała swoje dzieło, gdy minęli zwłoki nieszczęsnego strażnika. Musiała przyznać, że wykazała się wyjątkowo kreatywnym okrucieństwem wyżywając się na trupie. Rodzona matka by go nie poznała.

– Ciekawe co, poza tobą, go dopadło… – zastanawiał się na głos nawigator, próbując zamaskować zdenerwowanie nonszalancją.

Beztroskie pytanie zasiało ziarno niepokoju. Sena poczuła, że zimny pot oblewa jej skronie i spływa po karku. Ominęła szybko trupa i podeszła do zamkniętego włazu prowadzącego do maszynowni. Bez swojej rękawicy nie da rady otworzyć grodzi. Odwróciła się wyczekująco w stronę Raya. I wskazała blasterem na metalowy właz.

– Panie przodem – powiedziała złośliwie.

Chłopak mruknął coś niezadowolony, ale podszedł do panelu kontrolnego. Na szczęście był w całości. Ściągnął obudowę i zaczął przełączać przewody. Pilot ustawiła się w dogodnej do ewentualnego strzału pozycji. Jeszcze coś za tymi drzwiami dopadnie Raya, Sena zostanie całkiem sama.

Grodzie odpuściło z charakterystycznym sykiem, a zza nich pod nogi Raya upadł kolejny ochroniarz. Nawigator odskoczył jak oparzony wpadając na pilota.

– Sena! – krzyknął wymachując gorączkowo rękoma. – Strzelaj! Zabij!

Dziewczyna złapała szamoczącego się Raya i zdrowo nim potrząsnęła.

– To trup – powiedziała beznamiętnie. Odsunęła go i podeszła nachylając się nad ciałem – Ja to się z tobą mam… Taki raban o byle zwłoki.

– I kto to mówi… – syknął oburzony nawigator, ale trzymał się z daleka bacznie obserwując. – Dycha?

Pokręciła przecząco głową i odkręciła mężczyznę, by na niego spojrzeć. I musiała powstrzymać odruch wymiotny. Jego twarz była zmasakrowana od licznych bruzd, jednak poza zaciekami na ustach nie było śladów krwi. Szczękę miał nienaturalnie wykrzywioną prawdopodobnie od uderzenia, a wytrzeszczone oczy wpatrywały się pusto w przestrzeń. Białka nienaturalnie pożółkły, tak jak i skóra, a źrenice były zwężone, mimo że stężenie pośmiertne już minęło. Sena sprawnie, ignorując oczy, pobrała próbki włosów, skóry, paznokci i próbowała ściągnąć trochę płynów ustrojowych, ale strzykawka pobrała niewielką ilość całkowicie skoagulowanej krwi.

– C-co mu się stało? – wyjąkał Ray na wpół przytomnie, gdy ruszyli dalej. Był w takim szoku, że nawet nie zbeształ pilota za to, że rzuciła się do zwłok zamiast sprawdzić, czy za włazem nie ma niebezpieczeństwa. Sena nie mogła sobie wybaczyć zaniedbania i teraz przesadnie milcząca mierzyła do każdego zakamarka z gotowego do strzału blastera. Byli w pierwszym pomieszczeniu maszynowni, poza tamtym ochroniarzem nie znaleźli nikogo.

W drugim, docelowym pomieszczeniu, znaleźli ich więcej. Niektórzy kulili się po kątach, inni byli rozwleczeni po podłodze, jakby ktoś ich przeciągał w różnych kierunkach, aż w końcu członki nie wytrzymały naporu i odpadły od ciała. Część miała nadszarpane ubrania, część nie, ale każdy mijany przez nich trup mimo licznych ran, nie był pokryty krwią.

***

Wokół stacji dryfowało mnóstwo ciał. Jakim cudem dopiero teraz to zauważyli, ani Sena ani Ray nie mogli zrozumieć. Zabezpieczone próbki czekały w sterylnym pojemniku, chronione przed wstrząsami, promieniowaniem kosmicznym czy wysoką temperaturą i wilgocią. Ostatni raz okrążyli stację i Sena skierowała statek w stronę pulsara, gdzie za pięć minut miał się otworzyć portal. Powrót na statek zajął im chwilę, po złamaniu zabezpieczeń systemu sterowania wystarczyło wskoczyć do kokpitu i uruchomić procedurę. Stacja łaskawie wypuściła ich ze swoich krwiożerczych objęć.

Milczeli. Filtrowane powietrze ciążyło mnóstwem pytań, uwag, ale żadne nie ośmieliło się przerwać ciszy. Wejście w portal mieli tak opanowane, że nie potrzebowali komunikacji, a słowa były im teraz bardzo niepotrzebne.

Statek delikatnie musnął powierzchnię formującego się zakrzywienia.

Ray obniżył temperaturę w swoim kombinezonie. Było tak gorąco, że nie mógł się skupić.

3 thoughts on “Na skraju

Dodaj komentarz