NaNo moje… – podsumowanie października i nie tylko

Kolejny listopad, pierwszy od wielu lat, podczas którego nie uczestniczyłam w żadnym Kick-offie związanym z NaNoWriMo. Nawet w tym wirtualnym, bo zaczynał się o godzinie, w której ja z zamiłowaniem oglądam powieki od spodu. Rzeczywistość rodzica w zachodniej cywilizacji skraca dobę o jakieś 3/4. Czasem tylko o połowę, jak druga osoba jest pod ręką.

Po czterech dniach od początku miesiąca poczułam ten brak. Jesteśmy rozproszeni po całym kraju i czasem dalej, z większością nigdy nie będę miała okazji się spotkać, ale jednak brak mi kontaktu z tymi wspaniałymi ludźmi. Posłuchać, poczytać na forum, pogadać o problemach z fabułą, ale i o życiu i Amolu.

Wiem, że to tylko ten rok jest taki na wariackich papierach, że w przyszłym nie będę „jedynym żywicielem” młodej części rodziny i nie będę obrazkiem na ścianie do ciągłego oglądania dla tejże części, ale dopiero w tym roku zrozumiałam, o co chodzi z tą jesienną deprechą. Jednak twórcze spełnienie, które wymuszało na mnie co roku NaNo poprawiało nastrój i poziom endorfin jak najlepsza używka.

To nie jest tak, że ja w tym roku nic nie piszę. Piszę, bardzo konkretny projekt, którego szczegóły zdradzę, jak już będę mogła. Na razie jest u mnie mnóstwo pracy przy za krótkiej dobie. Bo nagle działa prawo Murphy’ego – co włączę komputer, żeby popracować tak porządnie, to włącza się alarm domowy.

Kalendarz na listopad się nie pojawił – tydzień grobowy z małym ssakiem to naprawdę logistyczna masakra, nie dziwię się, że matki z kilkorgiem dzieci idealnie się sprawdzają w roli korporacyjnego Event czy Project Managera. Ale z drugiej strony, NaNoWriMo ma swój własny kalendarz na ten miesiąc, do poszukania go serdecznie zachęcam.

PANIK

trochę musiała poczekać, nie miałam głowy, żeby dobijać się kolejnym morderstwem. Nie, żebym zawieszała projekt, bo jest jego jeszcze dużo, ale trochę za bardzo siada na mojej psychice – zwłaszcza w okolicy Zaduszek. Zrobimy mu przerwę do końca listopada.

Trochę śmieję się ze swojego podejścia na początku. „Zaraz się ogarnę, bo to już większy maluch.” Większy maluch, większe problemy. W sumie nie większe, nowe, ale przez to trzeba szukać nowych ich rozwiązań. Ale zmieniło się też moje podejście do bloga. Zobaczymy jak to teraz pójdzie.

Do przeczytania następnym – oby nie za długo – razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.