„Nowa” Sabrina – święta z Netflixem

Już jakiś czas temu wraz z rodziną przymierzaliśmy się do subskrypcji Netflixa na stałe. Darmowy miesiąc i pozycje, które wtedy oglądałam jakoś nie skłoniły mnie do naginania budżetu. Minęło parę miesięcy i doszło kilka seriali, które postanowiłam nadgonić (no i dochodzi kwestia, że czasami Youtube na komórce nie wystarcza, jak się jest przykutym w bezruchu, a przekładanie kartek w książce może się skończyć unicestwieniem tejże). W szczególności chodzi mi o „Chilling Adventures of Sabrina”. Na „Nastoletniej czarownicy” się wychowałam, więc postanowiłam zderzyć sentyment z odnowioną wersją.

Jak wyglądała pierwsza Sabrina?

Dawno temu, w latach 90. był sobie serial, który oglądałam w weekendy siadając u babci do późnego śniadania (z reguły w porach lunchu, od czego w końcu jest wolne?).  Serial był sitcomem, 90-te coś miały w sobie do tej formy, leciutkim z humorem nawet jeśli nie do końca zrozumiałym (ach te polskie tłumaczenie i lektor zagłuszający dialogi), to przyjemnym w odbiorze. No i był w nim Salem. W sumie głównie dla Salema oglądałam.

Zawsze chciałam mieć czarnego kota, ale wtedy nie było opcji na szczurołapa, bo cała rodzina to psiarze (ja też, ale coś do tych czarnych kotów miałam od dziecka). Na szczęście dorosłe życie ma to do siebie, że możemy wybierać z kim chcemy spędzać czas i od nastu lat mieszkam z czarną pięknością o kurzym móżdżku. Jak tak sobie pomyślę, to gdyby Mojrę upersonifikować, byłaby przykładem blondynki z dowcipów.

W każdym razie „Sabrina, Nastoletnia czarownica” była stałym elementem mojego harmonogramu serialowego, może nawet bardziej niż Dragon Ball, bo to nie była „ta zła manga, która kradnie dusze”, tylko przygłupi serial dla nastolatków o ich problemach z magią w tle. Albo na pierwszym planie. Sabrina borykała się z pryszczami ukręcając maść na niewidzialność – korzystając z tej maści zemściła się na szkolnej popular girl, znikając jej nos. Samo życie.

Po drodze była jeszcze ta… Abominacja

Której obejrzałam fragment któregoś odcinka. Sabrina animowana. Dużo o niej nie napiszę, bo zobaczyłam, stwierdziłam, że ktoś się chyba zdrowo pomylił i postanowiłam odświeżyć tę jedyną słuszną Sabrinę.

Netflix robi wszystko na nowo

Nie zawsze mu to wychodzi vide moja matura z polskiego, czyli Death Note. Niektórzy znają tę historię, dla innych szczegóły pozostaną tajemnicą. Trailer i pierwsze recenzje trochę przystopowały mój zapał (pewnie znowu to zrobili). A potem przyszły Święta, a że w tym roku omijają nas wszystkie imprezy, bo „KP na żądanie”, to pozostało obrastanie tłuszczykiem przed konsolą. Choć przy #kardiozkordianem ten tłuszcz akurat znika szybciej niż się zdąży pojawić.

Postanowiłam dać nowej Sabrinie szansę. Najbardziej obawiałam się tego, że Salem podobno w niej nie mówi. No jak to? Salem nie mówi? Przecież Sabrina bez ciętych ripost i głupich wpadek Salema (partyjka pokera, kto widział, ten wie) to nie Sabrina.

A potem obejrzałam pierwszy odcinek… I pojawił się nowy Salem. Kto widział, ten wie. Ten kot idealnie pasuje do tej czarownicy. Bo Sabrina to już nie jest komediowy serialik do pooglądania z rodziną w niedzielę. Im później i ciemniej, tym lepiej się go odbiera.

Gęsia skórka serialowa

„Chilling Adventures of Sabrina” to serial z dreszczykiem dla starszej młodzieży i taki pstryczek w nos dla starych fanów oryginału. Ale muszę przyznać, że im to wyszło. Wieki temu, mniej więcej wtedy, gdy oglądałam „Nastoletnią czarownicę”, czytałam i oglądałam też inną pozycję. „Gęsia skórka” ze swoją przerażającą wejściówką (brr, opętany pies) do tej pory wywołuje u mnie… gęsią skórkę. I po obejrzeniu całego pierwszego sezonu mam wrażenie, że twórcy z Netflixa też się wychowali na tej serii.

Co poza gatunkiem się zmieniło?

W sumie wszystko. Sabrina od początku wie, że jest czarownicą. Ciotki są dalej dwie, ale ich charaktery są dokładniej nakreślone i skrajnie się różnią. Zamiast Salema-komentatora, mamy Ambrose’a. A całość jest mroczna, ale w taki przyjemny sposób. No i poruszane problemy są bardziej dojrzałe. Te nastolatki mają takie dorosłe podejście do rozwiązywania problemów. W niektórych przypadkach są rozsądniejsze od dorosłych.

Twórcy przyłożyli się do przygotowania miasteczka, jego mieszkańców i jego spuścizny. W postaciach drugoplanowych można dostrzec ciekawe mechanizmy zachowań, które są typowe dla małych mieścin (kto mieszka, ten wie, w sumie wszystko wie i ludzie gadają), ale nie tylko. Sztuczki manipulacji rodem z jakiegoś topowego coacha, gdy jest to potrzebne czy czysta indoktrynacja od urodzenia.

Ale jest też sporo nawiązań, scen, które są wzorowane oryginałem, zwłaszcza w pilotażowym odcinku. Nie będę zdradzać co i gdzie, ale miło się widziało inną wersję „tego miejsca”, zwłaszcza, że zwrot akcji niby oczywisty, ale miło się oglądało.

W związku z powyższym mam takie spostrzeżenie, że coraz więcej seriali sięga po klisze typowe dla popularnych anime. Poszukajcie, bo to dobra zabawa. Jednak z tego powodu w Sabrinie nie podoba mi się jedna rzecz. Nie obyło się bez „Christmas Special”

Dla kogo jest nowa Sabrina?

Dla fanów oryginału, jeśli ich krąg zainteresowań poszerzył się i nie utknęli na sitcomach jako nadrzędnej rozrywce. Dla nałogowych oglądaczy Netflixa, którzy obejrzeli pewnie już trzy razy pierwszy sezon w dniu premiery (nie wiem, jak to ludzie robicie, jesteście dla mnie jednorożcami jak ci, którzy pracując na pełen etat potrafią przeczytać trzydzieści książek tygodniowo i napisać rozdział własnej). Dla fanów supernaturalnych seriali, ale nie spodziewajcie się romansidła jak „Księga czarownic” ani tandetnych Pokemonów jak „Wampiry: Dziedzictwo”.

Jeśli jednak twardo stąpacie na ziemi, a magia czy horrory to nie wasza bajka, nie marnujcie czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.