Pani K – Dziesięć

Wdowę po Pruszko podjął w swoim gabinecie. To, że w ogóle podczas tej sprawy dostał własne pomieszczenie było początkowo ciekawą nowością. Teraz brakowało mu podrzucających różne głupie pomysły kolegów. Jak głupie by nie były, pomagały mu odblokować się i pójść w nowym kierunku.

Jadwiga Pruszko miała góra trzydzieści pięć lat. I wbrew temu, co o niej słyszał, nie była piękną kobietą. Miała przeciętną urodę, choć wyjątkowo zadbaną. Jej ordynarne rysy kontrastowały z eleganckim płaszczem i strojnym kapelusikiem. Oczekiwała, żeby ktoś podjął od niej wierzchnie ubranie i skrzywiła się, gdy Glyjski wskazał jej na krzesło bez podnoszenia się. Gwiazda jak z czarno-białych filmów usiadła krzyżując krzywe nogi. Komisarz był pewien, że zaraz wyciągnie z torebki lufkę i będzie domagała się ognia. Wziął pilota i zwiększył jasność w pomieszczeniu. Dość miał tego tandetnego kryminału.

W pełnym świetle Jadwiga nie wyglądała już tak nierealnie, zauważył, że ma opuchnięte powieki i stąd wydawała mu się brzydka, a krzywe nogi to złudzenie optyczne spowodowane wzorem na rajstopach, który się przekrzywił.

— Pani Pruszko — przywitał ją, starając się uśmiechnąć sympatycznie. Nie była podejrzaną, była wdową po zamordowanym człowieku. Nie trzeba się do niej od razu nastawiać. — Podać pani wody do picia?

Kobieta odmówiła i wyciągnęła chusteczkę. Zacisnęła ją w pięści.

Z rozmów z dwoma prawnikami spodziewał się bardzo trudnej osoby, a na razie siedziała przed nim kobieta w głębokiej żałobie, którą przed płaczem powstrzymują tylko jakieś niepisane konwenanse, które dotyczą najwyraźniej osób na jej pozycji.

— Czym się pani zajmuje? — zapytał miękko, choć miał wrażenie, że jest zbyt obcesowy.

Jadwiga ocknęła się z odrętwienia i skupiła na nim wzrok.

— Obecnie niczym — przyznała. — Dochodzę do zdrowia.

— Przepraszam.

— Nie ma za co. Już jest dobrze. Było. Gdyby nie Artur…

Zacisnęła zęby.

— Proszę. O co pan chciał zapytać? — jej głos zrobił się szorstki.

Komisarz Glyjski trochę się speszył. Ale zerknął na notatki na biurku.

— Tak standardowo… Kiedy ostatnio rozmawiała pani z mężem?

— Na żywo czy telefonicznie?

— Jedno i drugie.

— Przed moim wyjazdem. A dzwoniłam do niego wieczorem przed jego…

— Tak. Wróćmy do czasu sprzed wyjazdu. Czy mąż zachowywał się jakoś inaczej?

Młoda wdowa zamyśliła się, a Glyjski doszedł do wniosku, że jednak była ładna. W taki nieopisany sposób, w jaki kobiety potężniejszej od niej postury określa się jako przystojne.

— Panie inspektorze…

— Komisarz Glyjski, przepraszam, nie przedstawiłem się wcześniej.

— Panie komisarzu, ostatnie pół roku byłam ciężko chora. Dwa tygodnie temu przyszły wyniki badań, że udało się pokonać… raka. Oboje czuliśmy tak niezmierną ulgę. Nie wiem, czy mąż zachowywał się inaczej. Uspokoił się.

— Rozumiem, jeszcze raz współczuję… — Glyjski poczuł ucisk w dołku i złapał odruchowo za łańcuszek na szyi.

— Nie, nic się nie stało. Ja… Nie. Panie komisarzu, źle mówię. Artur… Artur był spokojny zanim powiedziałam mu o wynikach. Może dlatego, że wyczuwał mój nastrój, może dlatego, że dowiedział się swoimi drogami wcześniej, ale nie wiem, czy by mnie trzymał w niepewności. Powiedział tylko: “wiedziałem, że wszystko jest w porządku”.

Glyjski zanotował niedbale.

— A podczas rozmowy telefonicznej powiedział coś, co zwróciło pani uwagę?

— Nie, cieszył się, że jestem zdrowa i prosił, żebym dobrze się bawiła podczas wyjazdu.

— A mówił, że ma się z kimś spotkać?

— Rzadko rozmawialiśmy o interesach, zwłaszcza przez ostatnie pół roku mąż nie chciał mnie martwić i sam się wszystkim zajmował, umawiał mnie do lekarzy. Dbał o wszystko. O mnie…

Pruszko na chwilę przerwała. Komisarz zauważył, że oczy jej się szklą. Zrobiła głęboki wdech.

— Jak się żegnaliśmy, powiedział, żebym się niczym nie martwiła, bo moje zdrowie jest najważniejsze.

Drżącymi rękami rozprostowała chusteczkę i ostrożnie przetarła oczy. Objęła się ramionami i załkała niekontrolowanie. Szybko starała się opanować, jednak strużka łez spłynęła po opuchniętych policzkach. Glyjski poprawił się na krześle.

— Proszę… Pani Pruszko… Jeśli przypomni sobie pani cokolwiek kiedykolwiek, może pani dzwonić o każdej porze — zapisał na karteczce swój numer telefonu. — Dopadniemy tego drania. Obiecuję pani.

Uśmiechnął się gorzko, póki nie patrzyła. Obiecywał sobie nie używać tego durnego frazesu. Ale jak widać, przy płaczącej młodej wdowie nie da się inaczej. Jadwiga Pruszko ponownie przetarła oczy i pokiwała głową chowając karteczkę.


Poprzedni

Następny

9 thoughts on “Pani K – Dziesięć

Dodaj komentarz