Pani K – Dziewięć

Glyjski przeglądał swoje stare domysły i notatki. Jedną z pierwszych teorii, zanim pismaki nie wymyśliły nazwy dla nowej gwiazdy w mieście, było to, że za całością stoją łowcy organów. Ale teoria wysypała się przy drugiej ofierze, z takim samym schematem. Szybka śmierć i wydłubanie oka.

— To pewnie mord religijny — stwierdził któregoś razu jego kolega, Marek. — Może jakaś masoneria czy inni illuminaci i ci, którzy nie żyją mieli zdradzić jakiś sekret, dlatego ich członkowie bractwa sprzątnęli.

— Marek, nie pierdol — nie wytrzymał. Od tamtej pory Marek się do niego nie odzywał.

Ale przy szóstym ciele pozbawionym oka zaczynał się zastanawiać nad Illuminati. W końcu oko było u nich dość istotną symboliką. Przy ostatniej ofierze teorie spiskowe mu przeszły. Tak samo jak i plany na urlop. Startapowiec, który każdy pomysł przeradzał w złoty biznes. Dziecko nowych technologii i prawdziwy król życia, Richard Olfe, zaszlachtowany w swoim własnym łóżku. Przed śmiercią zdążył wyciągnąć broń, ale już nie wystrzelił. Na miejscu zbrodni znowu nie było śladów. Poza tym, że denat musiał wpuścić mordercę do środka, bo włamanie zostało wykluczone.

— Wpuścił i uciekł po broń, ale nie zdążył — podsumował Glyjski. — Czemu wpuścił mordercę do środka?

— Może brakowało mu towarzystwa? — zażartował inspektor zaglądając do niego na chwilę. — Musimy przygotować coś dla tych hien z prasy. Masz ochotę na blask reflektorów? W końcu jesteś prowadzącym sprawę.

— To nie Illuminati — przyznał poważnie.

— To — podkreślił inspektor Ważny — nie wystarczy. Postaraj się.

— Dalej nie widzę związku między ofiarami. Pruszko i Olfe to biznesmeni, tacy łatwo podpadają różnym groźnym ludziom, ale profesor matematyki? Komu on podpadł? Pani z dziekanatu?

Inspektor zaśmiał się sucho.

— Konferencja będzie w piątek. Przygotuj na jutro jakieś oświadczenie, to je poprawimy i będziesz mógł zabłysnąć.

Glyjski skinął wracając do swoich notatek. Tylko jedna z ofiar była w pobliżu świadka, ale mimo to, świadek był w zbyt dużym szoku, żeby złożyć sensowne zeznania. Zerknął na zegarek, za godzinę miał mieć spotkanie z wdową po Pruszko. Jej prawnicy skutecznie przedłużali czas spotkania i teraz Glyjski zastanawiał się, po co w ogóle ma z nią rozmawiać. Na pewno nie była mordercą, bo nie mogłaby zamordować też Olfego. Nawet się nie znali. A przynajmniej tak wynikało z wywiadu środowiskowego.

— Czy Pruszko spotkał choć raz w życiu Olfego? — zastanawiał się komisarz wyrzucając kolejną kartkę do kosza, jego wzrok padł na opisie śmierci profesora, wzdrygnął się i schował zdjęcie do teczki. — Co was wszystkich łączy?

Zerknął na listę nazwisk poprzypinaną do mapy miasta w miejscach adekwatnych morderstw. Nawet łączenie linii pomiędzy miejscami zbrodni nie dało żadnego efektu. Ot, połączył sobie kropki w ramach ćwiczeń. Nie powstał żaden kształt sugerujący przypadkowość ofiar. Jednak dalej nie rozumiał, jaki był klucz ich doboru.

— Czegoś nie wiem…

Ponownie zerknął na zegarek. Do spotkania miał jeszcze dużo czasu. O ile pani Pruszko przyjdzie punktualnie. Z rozmowy telefonicznej z jej adwokatem wynikało, że z wielkim bólem serca poświęci się dla dobra sprawy i spotka z głównym śledczym, o ile jej obecność na komisariacie nie wypłynie do wolnych mediów. Mimo że zrozumiałym było, że była tam wzywana tylko w charakterze świadka i wdowy po zmarłym filantropie.

Glyjski uśmiechnął się cierpko. Jedyny świadek pośredni, a już nie mógł się doczekać, kiedy skończy z nim rozmawiać.


Poprzedni

Następny

5 thoughts on “Pani K – Dziewięć

  1. Presja ze strony mediów, konieczność przygotowania się do rozmów z dziennikarzami, mam wrażenie, że zajmuje to zbyt wiele czasu policjantom, nawet uwzględniając funkcję rzecznika prasowego, mającego odciążyć detektywów. Rzeczywistość, która znajduje też odzwierciedlenie w kryminałach. Taka refleksja po przeczytaniu posta mnie naszła. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.