Pani K – Pięć

Na ulicy Glyjski szczelnie zawinął się w płaszcz. Nieprzyjemny wiatr zacinał lodowatym deszczem. Na przejściu dla pieszych zderzył się z eleganckim mężczyzną z pokaźnym wąsem. Przeprosił i trochę zwolnił.

Wszedł do swojego bloku szukając kluczy. Minął sąsiadkę z dołu, która wyprowadzała swoje trzy ratlerki na spacer. Kobieta nie przywitała się z nim, mimo że starał się do niej zagadać. Winda znowu nie działała. Z westchnieniem wdrapał się na dziewiąte piętro w zupełności rozumiejąc zły nastrój swojej sąsiadki. Gdy dotarł pod drzwi swojego mieszkania starał się nie wypluć płuc.

— Kochanie, wróciłem — wszedł do środka i zatrzasnął za sobą drzwi.

Przez chwilę stał w kompletnej ciemności wsłuchując się w odgłosy miasta za oknem. Wieczorne korki dominowały nad wszystkim, klaksony zagłuszały nawet odległy dźwięk karetki pogotowia.

W końcu Artur Glyjski zapalił światło w kawalerce i odwiesił płaszcz na wieszaku. W kuchni dalej stał kubek po porannej kawie. Wstawił wodę, przepłukał kubek i nasypał melisy.

— Ciągle nie mogę zrozumieć, co łączy ofiary — rzucił przez ramię. — Przepraszam, ciebie to nie interesuje. Jak ci minął dzień?

Złapał za łańcuszek na szyi i zaśmiał się głucho.

Kładąc się spać łyknął dwie tabletki i po kwadransie wpatrywania się w sufit zasnął.


Poprzedni

Następny

2 thoughts on “Pani K – Pięć

Dodaj komentarz