Pani K – Szesnaście

Spis treści

— Ty się chyba nigdy nie nauczysz, co? — obudził ją kpiący głos z drugiej strony pokoju.

Chciała usiąść, ale zawrót głowy skutecznie ją powstrzymał. Przytuliła się do poduszki zaciskając oczy. Ktoś zapalił światło, które raziło pomimo zamkniętych powiek. Ostrożnie otworzyła jedno oko. Przed jej łóżkiem, na zdobionym fotelu siedział mężczyzna z wąsem.

— Jak niby teraz pójdziesz do pracy, skoro handlujesz swoim zdrowiem dla zapchlonego kundla? — zakpił. — A masz jeszcze mnóstwo pracy.

— Moje zdrowie — wycharkała słabo. — Dam radę.

Mężczyzna zacmokał niezadowolony.

— Krystynko, wiesz że nie, wiesz że popełnisz błąd. Błędy są niewybaczalne. Muszę zlecić sprawę komuś innemu.

Podniosła się. Zacisnęła zęby zwalczając osłabienie.

— Dam radę — wycedziła. — Nikt inny się nie nadaje do tej roboty.

— To prawda. Do tej nikt — przyznał mężczyzna. — Wstawaj i ubierz się w coś czystego. Śmierdzisz.

Zacisnęła pięści, ale wstała i wzięła ze starej, dębowej szafy, nowe ubranie. Poszła do łazienki odświeżyć się i przebrać. Płuca dusiły ją i czuła się jak emerytka. Przejście do łazienki wymagało całej koncentracji, a siły zabrakło. Przysiadła na chwilę na sedesie i spojrzała na swoje odbicie w lustrze naprzeciwko. Wyglądała jak sama śmierć. Uśmiechnęła się szeroko, co tylko spotęgowało efekt. Adekwatnie. Poprawiła włosy zaczesując je do tyłu i wyszła z łazienki stając na wprost eleganckiego mężczyzny.

— No i pięknie — ucieszył się. — Cieszy mnie, że można na ciebie liczyć zawsze i wszędzie. Wiesz, jak to z tymczasowymi pracownikami bywa. Zapłacisz zaliczkę i się ulatnia, bo nie trzyma go stała umowa. Choć myślę, że Zuch mógłby sobie poradzić, ale jednak w tej konkretnie sprawie bardziej ufam twojej ekspertyzie i metodom. On jest mniej subtelny, a tu jednak wymagana jest precyzja iście zegarmistrzowska. Prawda?

Przytaknęła.

— Krystynko, skarbie ty mój. Ja cię kiedyś ozłocę, obiecuję. Wiesz, jak nam poprawiłaś wyniki w tym sezonie? Ba. Pewnie, że wiesz, bo potrafisz czytać, a gazety piszą. No, więc skoro kwestię motywacji mamy z głowy, chodźmy. Muszę ci pokazać twoje najbliższe zadanie, a jest trochę skomplikowane. Czasu też mamy niewiele, więc mam nadzieję, że zdrowie szybko wróci.

— Dziś będzie załatwione — powiedziała oschle i odsunęła się od ramienia, które próbowało ją objąć. — Co to za zadanie?

Mężczyzna pokręcił głową i zaśmiał się lekko.

— Wszystko w swoim czasie. Chodźmy, limuzyna czeka niedaleko, ale z racji, że nie podjedzie pod twój dom, musimy przejść kawałek w deszczu.

— Aha.

— No, rozchmurz się, Krystynko. Jakbym mógł, to i helikopter bym tu sprowadził, żeby było ci wygodniej, ale wiesz, jak jest.

— Wiem.

— No właśnie. Ludzie patrzą. Ludzie gadają. Chodźmy, chodźmy.

Wyprowadził ją szybko z kamienicy. Ledwie zdążyła złapać za płaszcz i założyć kaptur na głowę.

Gdy wyszli na zewnątrz, zimny wiatr zmusił Krysię do szczelniejszego owinięcia się płaszczem. Na ulicy świeciła tylko jedna latarnia, ta u sąsiadów w kamienicy po skosie. Dzięki temu byli całkowicie osłonięci przez ciemność. U sąsiadów paliły się światła w pojedynczych oknach, w każdym z mieszkań wnętrza rozświetlała niebieska poświata telewizora.

Każdy z sąsiadów, choć z niewieloma z nich utrzymywała kontakt, śledził uważnie ostatnie wydarzenia w mieście. Dawno taka groza nie krążyła po ludziach. Choć niektórzy zawistni kibicowali Oczku, bo w końcu czemu ci na górze mają być lepsi od zwykłych szaraków. Którzy byli narażeni na różne niebezpieczeństwa. Rozboje. Ale mało kto się naprawdę głośno przyznawał do popierania seryjnego mordercy. Oficjalnie wszyscy potępiali zbrodnie i zbrodniarza, nie zadając sobie trudu z zastanowieniem się, czemu akurat tych konkretnie obywateli spotykał taki konkretnie okrutny los.

Ale Krysia nie zadawała pytań. Nie to należało do jej obowiązków i nie to ją obchodziło. Mężczyzna prowadził ją ciemną uliczką, gdy doszli do skrzyżowania, wskazał na czarne auto skryte pomiędzy drzewami.

— No, szybciutko — popędził ją i sam przyśpieszył kroku. Deszcz zacinał wpadając za kołnierz i nieprzyjemnie studząc odsłoniętą szyję.

Krysia również przyśpieszyła kroku. Po chwili prawie wbiegli do samochodu. Oboje usiedli z tyłu, a kierowca spojrzał na nich w lusterku.

— Dokąd, szefie? — zapytał poprawiając mankiety w białej koszuli schowanej pod czarną marynarką.

— Do domu — uśmiechnął się mężczyzna.

Krysia zerknęła pytająco na niego, ale pomachał tylko ręką.

— Już już. Jeszcze trochę i wszystkiego się dowiesz. Po prostu u ciebie zawsze źle mi się rozmawia. No i masz tylu wścibskich sąsiadów, że nie chciałbym, żeby nas widzieli razem ze sobą.

Krysia skinęła akceptując wyjaśnienie, choć zupełnie nie wierzyła mężczyźnie. Samochód ruszył cicho, jakby specjalnie starał się nie zwracać uwagi nikogo z osiedla. Po chwili włączyli się do ruchu na większej ulicy i kierowca mógł trochę przyśpieszyć. Mijali wieczorny rozgardiasz w milczeniu. Dziewczyna wyglądała przez szybę spoglądając na swoje miejsce pracy, które mignęło im przez chwilę. Później przejechali obok schroniska, gdzie kończył się dzień otwarty. Przez zmęczenie nie spojrzała nawet na zegarek, ale musiała być dopiero dwudziesta druga, skoro zamykali.

Jechali dalej. Miasto dawno się skończyło. Droga prowadziła przez las, a po bokach co chwila stał znak z ograniczeniem prędkości z inną wartością niż przed zakrętem. Krysia zauważyła też kilka znaków ostrzegających przed dzikimi zwierzętami. Kierowca minimalnie zwolnił przed wzniesieniem na zakręcie. Za zakrętem minął ich kierowca w ciężarówce, która stała na poboczu. Mężczyzna męczył się z wymianą koła. Albo wzywał pomoc drogową. Krysia nie zdążyła się zorientować. Skręcili w lewo za przydrożną kapliczką. Ktoś postawił mnóstwo świeczek, które rozświetlały przy okazji tablicę informującą o skręcie prowadzącym do mniejszej wsi. Wjechali w jeszcze gęstszy las w piaszczystą drogę. Limuzyna tłukła się po wybojach, a dziewczyna zastanawiała się, czemu nikt do tej pory nie wyremontował drogi. Po kilku minutach wyjechali z lasu i wjechali na spore pole na środku którego stał stary, kilkupiętrowy budynek z wielkiej płyty. Swoje lepsze czasy pamiętał jeszcze za gorszych czasów całego kraju.

Limuzyna podjechała pod same drzwi. Kierowca zgasił silnik.

— No, idziemy, Krystynko, praca czeka — uśmiechnął się zachęcająco do niej jej towarzysz. — Nie daj się prosić, bo nie mamy czasu na zabawy.

Wysiadła z samochodu, wiatr na wsi był jeszcze zimniejszy niż w mieście. Zatrzęsła się z zimna.

— Chodź, chodź, w środku jest cieplutko.

— Wiem — burknęła i ruszyła w stronę wejścia.

Drzwi chodziły ciężko i musiała je szarpnąć, żeby się otworzyły. Weszła do środka nie czekając na mężczyzn. W środku śmierdziało stęchlizną i czymś jeszcze, co niewprawiony nos mógł łatwo pominąć. Słodkawy posmak znany tylko prawdziwym specjalistom. Jednak Krysia była przyzwyczajona do tego zapachu. Po prostu tyle go czuła, całe jej ubranie przeszło nim na wylot, że nie zwracała najmniejszej uwagi, na zapach sezonowanego mięsa. Rozejrzała się po ciemnej klatce schodowej. Stara winda była nieczynna już od dawna. Jedna nędzna żarówka tliła się słabo nad jej głową i dziewczyna musiała skupiać wzrok, żeby cokolwiek dostrzec w mdłym świetle jarzeniówki.

— Co ze światłem? — wskazała nad głowę, gdy wąsaty mężczyzna do niej dołączył.

— Krystynko, najpierw sprawy ważniejsze, dopiero później ważne. Przecież doskonale widzisz, gdzie jesteś. Po co ci szczegóły wystroju? Przecież chyba nie śledzisz całej twórczości miejscowej młodzieży na ścianach. A jeśli tak, to daj znać. Zrobię ci dokładną dokumentację na fotografiach i sobie pooglądasz, kto jest ka a kto ch i za ile co daje.

— Obejdzie się – burknęła Krysia i skrzyżowała ramiona wyczekująco.

— Chodźmy, do mnie do biura — wskazał na klatkę schodową.

— Proszę prowadzić — odsunęła się od wejścia.

Mężczyzna westchnął i zaczął iść.

Klatkę schodową oświetlało jedynie kilka równie słabych żarówek, co te na dole. Nic nie dały przeszklone ściany wypełnione luksferami, skoro na zewnątrz nie paliła się żadna latarnia, ani nie świecił też księżyc czy gwiazdy, obecnie schowane za grubą warstwą chmur posyłających na ziemię rzęsisty deszcz zacinający pod wpływem wiatru.

Krysia szła półtora stopnia za nim, utrzymując równe tempo.

— Obiecuję, do końca miesiąca uruchomimy windę — powiedział wesoło i uśmiechnął się, choć trzymał się poręczy.

Weszli na ostatnie piętro, gdzie była najmocniejsza żarówka. Obdrapane tynki nie wyglądały w żaden sposób złowieszczo. Zielona, łuszcząca się farba była co najwyżej przykra do obserwowania, ale Krysia przyzwyczaiła się do oglądania reliktów poprzedniego ustroju. Ten mężczyzna lubował się w nich.

— Już, już, wchodzimy do środka — podszedł do drzwi i otworzył je, przez chwilę szukając odpowiedniego klucza.

Mieszkanie, jedno z dwóch na tym piętrze, było ładnie urządzone.

Dokładnie tak, jak urządzane były wszystkie mieszkania w centrum miasta dla ludzi bogatych. Najnowsze meble, nie z popularnej sieciówki, dopasowane stylem i smakiem. Światło zapaliło się automatycznie i weszli na otwarty plan przedpokoju połączonego z salonem i kuchnią. Oprócz tego były jeszcze trzy drzwi. Do łazienki, do gabinetu i prawdopodobnie do sypialni właściciela, chociaż Krysia nigdy tam nie miała okazji zajrzeć. A nie była aż tak zainteresowana, żeby wyciągać informację od kogoś innego.

— Siadaj na kanapie — wskazał na część salonową. — Zaraz przyjdzie Elżunia i przedstawi kolejnego klienta.

Krysia skinęła i zajęła miejsce. Mężczyzna w tym czasie podszedł do barku i nalał sobie czerwonego wina. Rozsiadł się koło niej na kanapie i chwilę siedzieli tam w milczeniu.

Krysia lubiła patrzeć tu przez okno. Nic, tylko las naokoło i gdzieś w oddali łuna z otaczających miast. Z każdej strony było jakieś duże miasto, które zanieczyszczało swoim światłem i nie tylko okolicę. Ale tu w centrum niczego można było naprawdę zobaczyć rozgwieżdżone niebo. O ile akurat nie przyszła jakaś ulewa utrzymująca się bez przerwy od kilku dni.

Po paru minutach drzwi gabinetu się otworzyły i wyszła z niego kobieta po czterdziestce w idealnie dopasowanej garsonce i z wielkimi okularami na nosie. Skinęła na Krysię i rzuciła jej przed nosem teczkę.

— Temat jest delikatny, bo wchodzimy w trochę szerszy temat niż do tej pory — zaczęła bez powitania wprowadzenie. — Polityka będzie testem, jeśli się sprawdzisz, to wejdziemy dalej. Może nawet zwiększymy liczbę zamówień.

Krysia przejrzała teczkę klienta pobieżnie. Po czym zerknęła na mężczyznę ignorując pośredniczkę w rozmowie.

— Nie mogłeś mi tego dać w domu? — zapytała ostro. — Pół nocy zmarnowane na przyjeżdżanie tutaj? I pewnie mnie nikt nie odwiezie z powrotem.

— Za kogo ty mnie masz — zaśmiał się. — Oczywiście, że cię podrzucimy. Powiedzmy, że na skraj miasta, co ty na to?

Krysia westchnęła i wróciła do studiowania zawartości teczki.

— Ale nie, nie tylko o to chodziło — kontynuował mężczyzna. — I tak, jesteś tu potrzebna. Marnujesz swoje talenty na jakieś dzikie kundle, więc musimy ci je zabrać.

— To odmawiam wykonania zadania — stwierdziła. — Nic dla was nie zrobię.

— Ej, no bez takich, Krystynko! Chodzi mi tylko o twoje dobro. Jak ci się dzisiejsza zabawa o mało nie skończyła? Nie możesz tak sobie szastać zdrowiem na prawo i lewo, bo oboje wiemy, a Elżunia potwierdzi, że jesteś naszym najlepszym zasobem od wykończania projektów.

— Wiem — przyznała beznamiętnie. — Co robię w wolnym czasie, to moja sprawa. Nasz kontrakt obowiązuje tylko w czasie wykonywania zleceń. Nie zmieniajcie warunków umowy w trakcie, bo się pogniewamy.

Mężczyzna poprawił się na kanapie, a kobieta podała Krysi drugą teczkę.

— W uznaniu zasług — rzuciła zdawkowo. — Szefie, ja już się będę zmywać, bo jest późno, a też mam sporo roboty do zrobienia.

— Dziękuję, Elżuniu, możesz iść. Krystynko, nie gniewaj się. Chcieliśmy dać ci trochę lepszego sprzętu do wykonania pracy, co niestety wpłynie na twoje dotychczasowe umiejętności i przez to… pieskom już nie będziesz w stanie pomagać. Przepraszam, ale coś za coś.

Elżbieta zatrzasnęła drzwi z hukiem. Krysia zerknęła na zawartość drugiej teczki, po czym pokręciła głową.

— Nie jestem zainteresowana — stwierdziła. — Jestem wystarczająco efektywna obecnie. Nic z tego — wskazała na teczkę — nie poprawi moich osiągnięć. Nie da się.

Mężczyzna zaśmiał się.

— Nie da się, czy nie chcesz stracić mocy uzdrawiania?

— Jestem rzeźnikiem — wzruszyła ramionami. — Potrafię przeprowadzić rozbiór tuszy w trzydzieści sekund. Co z tego — skinęła w stronę teczki — jest w stanie zwiększyć moją efektywność?

Mężczyzna podniósł ręce w geście obronnym.

— Poddaję się, faktycznie nic z tego się nie przyda. Ale pamiętaj, że obecnie jesteś tylko człowiekiem. I jak dobra byś nie była, ciągle ogranicza cię przynależność do tego gatunku.

— Zdaję sobie z tego doskonale sprawę — przyznała.

— Jesteś tego w stu procentach pewna? Bo wiesz, sława ma swoje plusy i minusy. Zwłaszcza taka sława. Ma chyba więcej minusów niż plusów, co nie?

— Nie ja jestem sławna, ja tylko wykończam projekty — burknęła krzyżując ramiona. — Sławni jesteście wy. W końcu skądś czerpiecie dla mnie listę zleceń, co nie?

Mężczyzna zaśmiał się serdecznie.

— No dobrze, wygrałaś. Karm sobie te swoje psy i koty, w końcu co nam do twojego wolnego czasu? Tylko żeby nie ucierpiała na tym twoja efektywność.

— Nie ucierpi — zapewniła.

— Aha. I jeszcze jedno, Krystynko — spoważniał patrząc jej uważnie w oczy. — Pilnuj się i oglądaj telewizję. Dużo się ostatnio dzieje na mieście i możesz być w niebezpieczeństwie.

— Dziękuję za ostrzeżenie, ale teraz chciałabym wrócić już do domu. Czy mogę?

— Tak, tak. Maurycjo cię odwiezie… Powiedzmy, że na osiedle, ale nie pod dom, czy taki kompromis cię zadowala?

— W zupełności — uśmiechnęła się triumfalnie i wyszła zostawiając mężczyznę samego w mieszkaniu.

Zbiegła szybko po schodach, choć trochę kręciło jej się w głowie i wsiadła bez zastanowienia do limuzyny. Kierowca uśmiechnął się do niej przyjaźnie.

— Dokąd?

— Prawie pod dom — przyznała z wyraźną ulgą.

Godzinę później przytuliła się do poduszki w fotelu i znowu zasnęła przed elektrycznym kominkiem zbyt zmęczona, żeby wspiąć się na piętro do sypialni. Gorączka w końcu ją zmogła.


Poprzedni

Następny

1 thought on “Pani K – Szesnaście

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.