Pani K – Trzy

Pani K – Trzy

— Dzień dobry, Krysiu.

— Dzień dobry, pani Marylu. To, co zwykle?

Młoda sprzedawczyni zaczęła nakładać na wagę dorodną pierś z kurczaka.

— I jeszcze połowę kurczaka, przetniesz mi?

Krysia poprawiła czepek i uśmiechnęła się do klientki. Złapała za najładniejszy korpus i sprawnie przepołowiła go tasakiem. Położyła mięso na wadze.

Do mięsnego weszła kolejna klientka. Pozdrowiła sprzedawczynię i przyjrzała się podrobom.

— Kochana Krysiu, słyszałaś już o kolejnym morderstwie Oczka? — jej głos zadrżał.

— Dziś rano jeszcze nie czytałam gazet — dziewczyna ponownie poprawiła czepek. — Ile pani sobie życzy?

— Z dziesięć deko. Ale takiego wspaniałego człowieka!

— Ja też nie na bieżąco — wtrąciła się Maryla. — Kogo tym razem zabrała kostucha? Krysiu, jeszcze z pół kilo wątróbki.

— Pruszkę! I to akurat teraz! Kto poprowadzi aukcję?

Sprzedawczyni szybko zapakowała mięso, podczas gdy obie klientki ubolewały nad śmiercią filantropa.

— A ta jego żona! Taka młoda dziewczyna i już wdowa!

— Takie długo wdowami nie zostają.

— No wie pani co!

Tasak wbił się z hukiem w deskę. Krysia przeprosiła wystraszone klientki i poprawiła chwyt. Metodycznie rozcinała połówkę kurczaka. Gdy skończyła rozbiór tuszki, rozliczyła obie klientki i pożegnała się z nimi.

— Co za czasy, co za czasy — powtarzały obie wychodząc ze sklepu.

Krysia zerknęła na zegar wiszący nad wejściem. Podeszła do drzwi i wywiesiła kartkę “zamknięte” i przekręciła klucz w zamku. Wzięła miotłę stojącą w rogu sklepu i zaczęła robić porządki. Po niecałym kwadransie mały sklepik, mięsny na rogu, był gotowy do zamknięcia.

Zadzwonił telefon.

Podeszła do słuchawki, poczekała dwa sygnały i odebrała.

O dwudziestej bądź w domu — mężczyzna się rozłączył.

Krysia odwiesiła słuchawkę i zdjęła czepek. Rude włosy wysypały jej się na ramiona. Odwiesiła fartuch do szafki i wybrała utarg. Ponownie zerknęła na zegar nad wejściem. Pokiwała głową zadowolona z siebie i wyszła dokładnie sprawdzając drzwi i okna.

Dobiegła na przystanek akurat, gdy odjeżdżał jej autobus. Schowała się pod wiatą, żeby nie zmoknąć i wtuliła w swoją cienką kurtkę, nie dającą prawie żadnej ochrony przed zimnem.

— Dziecko, nerki na wierzchu… Ubieraj się jak człowiek! — skarciła ją staruszka w moherowym berecie. — W moim wieku to będziesz kaleką, jak się za siebie nie weźmiesz!

— Dziękuję, postaram się — powiedziała uprzejmie i ominęła staruszkę, żeby wsiąść do podjeżdżającego autobusu. Nie dojeżdżał pod jej dom, ale przynajmniej miała bliżej do piekarni.

Staruszka jeszcze raz powtórzyła swoje groźby, ale Krysia już reszty nie usłyszała, wtulona w tłum pasażerów.

Wracając piechotą wstąpiła po wieczorne bułeczki.

— Krysia! Pewnie chcesz drożdżowych, co? No ba! Tylko drożdżowe się liczą — sprzedawca naszykował zamówienie.

W tle leciało radio, w którym poważny prezenter relacjonował monotonnym głosem.

Ilu jeszcze zabierze Oczko? Po śmierci Pruszko pod znakiem zapytania stanęła organizacja przedświątecznej aukcji charytatywnej. Na razie nie znane są też losy jego małżonki.

— To wszystko — Krysia uśmiechnęła się.

— Do zobaczenia, Krysiu.

Wzięła zakupy, wrzuciła monetę napiwku do małego koszyczka podpisanego “zbieram, żeby zmienić świat” i wyszła na ulewę. Schowała pieczywo pod kurtką. Ciepłe bułki parowały przez papierową torebkę rozgrzewając ją przyjemnie. Dziewczyna szybkim krokiem pokonała ostatni odcinek i weszła do małej kamienicy na końcu ulicy. Budynek był szary i nieciekawy, choć inne na tej ulicy prezentowały się podobnie. Tak samo ogródki. Ten przed domem nie był zaniedbany, ale zadbany też nie był. Oscylował na granicy.

W środku było cieplej. Nie wiał też wiatr i nie padał deszcz. Krysia wyjęła bułki spod kurtki, ją samą powiesiła na wieszaku i poszła do kuchni w butach. Przygotowała sobie herbatę na mleku i wypiła zagryzając dwoma słodkimi bułeczkami. Resztę schowała do chlebaka. Po skończonym posiłku posprzątała po sobie i poszła do salonu. Usiadła na kanapie przed sztucznym kominkiem i go włączyła. Ciepłe światło zaczęło emanować energią. W małym pokoiku zrobiło się przytulniej, a Krysia przestała rozcierać ramiona.

— Nie narzekaj, zawsze chciałaś być sławna — z łazienki wyszedł ubrany na czarno mężczyzna, zakręcił wąsa i rozsiadł się na wprost dziewczyny.

— Nie pytam, robię — ucięła rzeczowo dziewczyna. — Co tym razem?

— Ach, Krystynko, Krystynko. Kiedy ty się nauczysz, że tak nie będziemy współpracować.

Krysia skrzyżowała ramiona i spojrzała wprost w oczy mężczyźnie.

— Opowiedz mi najpierw, jak tam w pracy? Jak ci się podoba nowe imię?

— Jest bez sensu. I powinno być twoje.

— Jest moje, ty z niego tylko korzystasz.

Krysia podwinęła nogi i oparła głowę na kolanach.

— Co tym razem? — powtórzyła przez zęby.

Mężczyzna zaśmiał się lekko i poprawił na fotelu.

— No jak ja mam utrzymywać dobre stosunki z pracownikami, skoro oni ewidentnie nie chcą, co Krystynko? No, nieważne. Będzie zjazd integracyjny, to może się do nas bardziej przekonasz. To teraz do sedna. Bardzo nas cieszy, że tak sprawnie zamykasz projekty, ale niektórzy klienci wymagają… Szczególnego dopieszczenia. I twoja rzeczowość za bardzo przeszkadza. Bardzo bym chciał, abyś następnego klienta potraktowała lepiej. Porozmawiała, zaproponowała coś ekstra. Wiesz, budowanie relacji przydaje się przy łapaniu nowych zleceń.

Dziewczyna zaśmiała się.

— Jestem od zamykania projektów, a nie od naganiania nowych. Czemu mam niby budować relacje? I z kim?

— To trudny biznes. Konkurencja też jest spora. Jesteś moim pracownikiem, masz się starać.

Wyszedł zostawiając Krysię w błogiej ciszy pustego salonu.


Poprzedni

Następny

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: