W poszukiwaniu straconego czasu, czyli podsumowanie Bookathonu

W poszukiwaniu straconego czasu, czyli podsumowanie Bookathonu

Kończy się Bookathon, czyli wakacyjne wyzwanie czytelnicze, które polega na przeczytaniu konkretnych książek z konkretnej listy w ciągu tygodnia.

Wszystkie książki, które planowałam przeczytać podczas Bookathonu możecie znaleźć w tym poście: (o tu). I muszę przyznać, że porywanie się z motyką na słońce było głupim pomysłem. Wyzwania czytelnicze, pisarskie czy jakiekolwiek inne, które wymagają zakrzywiania czasoprzestrzeni powinno się zostawiać na czas niezakłóconego urlopu – który tym różni się od „urlopu polskiego”, że mamy czas tylko dla siebie, a nie na remont mieszkania.

Jak mi poszło z czytaniem?

Słabo. Nędznie nawet.
Pierwszy dzień, jak to z reguły z zapałem bywa, był prosty. Bo i książka (dla przypomnienia chodzi o „Biuro kotów znalezionych”) lekko napisana, króciutka i przyjemna. A i tematyka mi znana, więc mogłam trochę oszukiwać i przy szczegółowych opisach przeskakiwałam po kilka zdań. Na pewno każdemu kociarzowi szczerze polecam pozycję Kingi Izdebskiej.

A potem zaczęły się schody.

Drugi dzień, pełna zapału rzucam się na science-fiction Roberta Szmidta „Łatwo być Bogiem”. I wysiadam w 1/4, no przy 26%, bo okazuje się, że to nie science-fiction, a space opera, do których szczególną miłością nie pałam. Że poza względnymi opisami technikaliów na statku, bohaterowie są czerstwi jak bułka, o której zapomniałam i która przeleżała w chlebaku od jednych świąt do drugich. Że początek zaczyna się kompletnie jak „Male writers writing female characters”, czyli o w ten sposób:

http://joannalannister.tumblr.com/post/155109754046/male-writers-writing-female-characters

A idea taka ściśle science-fiction dotycząca pierwszego kontaktu z obcymi (nie spojleruję, bo blurp też o tym pieje) jest co najmniej oklepana. Jego lepsze wykonanie? Proszę bardzo: anime Neon Genesis Evangelion (i tak, wiem, tam w sumie nie o to chodzi i sami twórcy potwierdzili o czym naprawdę jest Eva, ale zwykłe pierwsze obejrzenie daje takie wnioski). Albo jeszcze lepiej, mój kochany klasyk: Stargate.
Panu Szmidtowi już podziękuję (a miałam kupić całą serię, dobrze, że się powstrzymałam). Pewnie domęczę jakoś w wakacje książkę do końca, ale stan pod koniec wyzwania się nie zmienił.

Dzień sądu… Tj. Trzeci.

Autor Kasia i jej debiut fantasy – „Gra o Ferrin” Katarzyna Michalak.
Czemu ja to sobie zrobiłam? Trzeba było zrobić tak, jak polecali ludzie na grupie Bookathonu i przeczytać książkę dotykającą temat Zła w bardziej dosłowny sposób. Albo po prostu skończyć „Złego” Tyrmanda, którego i tak czytam od jakiegoś czasu. Ale nie, postanowiłam ambitnie wyciągnąć wnioski z gniota. Domęczyłam 27%. Mam dość życia, książek. Niech mi ktoś wydłubie oczy.
Ale jest z tego jeden plus: w 30 sekund wymyśliłam jak można było Ferrin naprawić i zrobić z niego bardzo fajne i kontrowersyjne opowiadanie. Ale dalej autorowi Kasi już podziękuję, na pewno będę omijać szerokim łukiem wszelkie Poziomki, Jagódki i inne Wygódki.

Kolejną pozycję – Autobiografię Kinga – dalej studiuję, bo tu nie można mówić o czytaniu. Moja książka jest kolorowa jak choinka, ma mnóstwo karteczek, podkreśleń i notatek na marginesach. Przeczytane 2/3.

Dzień piąty – Olga Tokarczuk i jej „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Jakie to jest dobre! Jak to jest cudnie napisane! Zwłaszcza, gdy sięgnęłam po nią rzucając Ferrin w cholerę. Wprawdzie zdążyłam dopiero przeczytać 30%, ale czuję, że moja czytelnicza dusza została uleczona po traumie jaką sobie zafundowałam.

Dzień szósty – Piąta fala musi poczekać. Dopóki nie skończę Tokarczuk, która mnie zachwyca, nie sięgam po kolejną pozycję.

Nawet nie wiem, ile stron przeczytałam, żeby w pełni podsumować wyzwanie Bookathonu.

Nie dałam rady, to fakt. Ale nie czuję się jakoś źle i przegrana. To inna presja niż listopadowe NaNoWriMo. No i to nie moje dzieci. Ja się tylko z nimi bawię, więc gdy mówię im, że „Sorry, dzieciarnia, ciotka musi zająć się pracą, ale do was wróci.” to nie mam wyrzutów sumienia. Na pewno w przyszłym roku wezmę udział w kolejnym Bookathonie, ale najpierw wezmę dłuższy urlop i dokładnie posprawdzam recenzje wybieranych pozycji.

Bookathon Polska
Bookathon Polska

10 Replies to “W poszukiwaniu straconego czasu, czyli podsumowanie Bookathonu”

  1. Bardzo obiecujące zestawienie! Przyznam, że mam słabość do takich wyzwań – pomagają jakoś usystematyzować i ograniczyć ten nieograniczony wybór, którym świat nas obdarowuje, a który często nas przerasta 😉 I dobrze, że nie czujesz presji, bo przeca chodzi przede wszystkim o zabawę i poszerzenie zakresu literackich doznań 🙂 Zafascynował mnie natomiast wątek K. Michalak – jest aż tak źle? :> // Olu

    1. Jest. Poziom słabych fanfików pisanych przez nastolatki – nie ujmując nic nastolatkom, bo dopiero się uczą pisać. W Ferrinie wątki są urywane, brak przedstawienia motywacji postaci, a główna bohaterka jest Mary Sue.

  2. A ja mam z Bookathonem inny problem. Fajny pomysł, wiadomo, jak ma się wakacje i chce się poczytać, spróbować nowej formy. Ale jeżeli jest się osobą, która wakacji nie ma, albo ma je dość mocno ograniczone – nie wchodzi w grę. To dla mnie takie trochę czytanie na wyścigi…

  3. Nie podejmuję takich wyzwań, bo gdy muszę coś robić choćby pod minimalnym przymusem, od razu włącza mi się sprzeciw. Byłoby mi trudno dokończyć nawet ciekawą pozycję, gdybym miała czytać 1 książkę dziennie w okresie POZA urlopowym 🙂

  4. Niezłe wyzwanie. Niestety dla mnie lipiec to zawsze czas nadrabiania zaległości – blogowych, domowych i rodzinnych. Wyjazdy, spacery, dzieci. Nawet nie byłoby mowy o sukcesie wyzwaniowym 😉 Poza tym lubię sama wybierać literaturę, by później nie narzekać na innych 😉 Ale cenię osoby, którym się udaje lub prawie udaje ;). Największym szczęściem w takich wyzwaniach jest możliwość powiedzenia – to była świetna książka, polecam 🙂

    1. Kasia, Wyzwaniu tym są tylko określone hasła czego ma dotyczyć dana pozycja na przykład opowiadać o przeszłości, a kategorie można w dowolny sposób interpretować. Na przykład ktoś sięgając po złą książkę mógł faktycznie sięgnąć po gniota albo niekoniecznie, po coś co zawiera w tytule to słowo albo porusza o czymś co jest złe, nie moralne. Nikt z góry nie narzuca po jakie pozycje ktoś ma sięgnąć.

  5. W moim przypadku wybrane książki i które przeczytałam podczas bookathonu były dobrym wyborem- zachwyciły, ale niestety też nie udało spełnić wszystkich punktów.
    Podziwiam cię, że zdecydowałaś się na sięgnięcie po książkę Michalik. Paweł Opydo skutecznie mnie zniechęcił do zapoznawania z „twórczością” tej pani.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: