Smak wolności

Smak wolności

Życie po drugiej stronie lustra było wspaniałe. Mogła zwiedzać każdy zakątek i rozmawiać z każdym odwróconym przechodniem. Nawet z takim, z którym w życiu nie mogłaby zacząć rozmowy. Przechodziła przez malownicze miasteczko uśmiechając się i witając z każdym mijanym przechodniem. Wszyscy odpowiadali jej wesoło.

– Dzień dobry! – zagadała piekarza wykładającego na ladę świeżo wypieczony chleb.
– Dzień dobry, babciu! – uśmiechnął się młody piekarz o silnych dłoniach.
Mogła swobodnie rozmawiać z każdym, ale płaciła za swoją wolność młodością. Licha cena. Nawet artretyzm na zgrabiałych palcach aż tak jej nie przeszkadzał. Przyglądała się pachnącym bochenkom z tęsknotą.
– Może chcesz spróbować nowość? – zaproponował chłopak. Gdy spojrzała na niego zaskoczona, kontynuował. – Orkiszowy z rozmarynem.
Podświadomie oblizała pomarszczone wargi. Była piekielnie głodna.
– Kawalątek…

Mężczyzna ukroił sporą piętkę uśmiechając się przyjaźnie. Podał jej pieczywo.

– Proszę, czekam na opinię, bo nie wiem, czy można go podać na dworze miłościwie nam panującego. Biorę udział w konkursie na nadwornego piekarza.
Zapach był nieziemski, a kromka jeszcze ciepła. Powoli wgryzła się w wypiek. Jedynie co jej przypominało o utraconej młodości, to zęby. Gdyby ktoś zajrzał jej w usta, poznałby jej prawdziwy wiek. Jedynie, ale było to aż nadto.
– Pyszny! – przyznała zjadając całość. – Masz prawdziwy talent.
– Dziękuję, babciu. Mam nadzieję, że na dworze też będzie tak smakował.
Pożegnała się z piekarzem i ruszyła w drogę powrotną. Uwielbiała jedzenie w lustrze, ale każdy zjedzony kęs skracał jej czas. Spojrzała na swoje dłonie. Skóra postarzała się o dziesięć lat. Gdyby zjadła jeszcze kromkę, umarłaby.
Z żalem wróciła do puszczy za miasteczkiem. Znalazła stary dąb u podnóży którego płynął strumyk. Nachyliła się nad nim. Z toni wodnej spoglądała na nią młoda dziewczyna. Ta, którą zostawiła po drugiej stronie. Jedynie biały uśmiech równych zębów zdradzał podobieństwo. Wokół dziewczyny nie było gęstego lasu, a złote kraty klatki. Zdobiony diadem na jej czole ze stylizowanym napisem „uaesio leb” błyszczał mocniej niż ramy więzienia.
Obie westchnęły.
„Jeśli chcesz, przyjdź wieczorem na festyn. Będzie oficjalna degustacja” przypomniała sobie słowa piekarza i uśmiechnęła się pogodnie.

5 Replies to “Smak wolności”

    1. Z pisaniem jest jak z dostawaniem do filharmonii: ćwiczyć trzeba, ćwiczyć, ćwiczyć. Żadna nadprzyrodzona siła nie działa 😉

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: