camp_kisielcichocka_pl

Camp NaNoWriMo – dzień 0

Kończy się czerwiec i zaraz, bo już o północy, rusza kolejne NaNoWriMo. Tym razem edycja wakacyjna, czyli Camp – od obozów młodzieżowych. Zresztą, NaNoWriMo w Stanach organizuje takie obozy dla przyszłych pisarzy.

W tym roku podchodzę do tematu mega ambitnie, bo jest to ostatni dzwonek dla Szafirowej, jeśli nic sensownego z niej nie zrobię, to zabijam ten projekt. A jest to ambitne też z tego powodu, że przez pół miesiąca będę z dala od komputera, a oprócz tego w tym miesiącu wracam do pracy. A Kołdrian dalej jest HNB (i dobrze, przynajmniej poradzi sobie w życiu).

Konkrety – jak będzie wyglądał lipiec?

Codziennie będę pisała kolejny fragment Szafirowej – nie obiecuję, że po kolei. Oprócz tego będę z Wami dzielić się swoimi spostrzeżeniami w filmach. Na blogu codziennie będę publikować krótkie podsumowanie z danego dnia i, o ile to będzie możliwe (ciągle myślę, jak pisać on-line nie mając komputera) dorzucać do notki to, co napisałam danego dnia. Będzie to taki chaos totalny, bo nie wiem, czy będę pisała po kolei, a poza tym, w połowie miesiąca mogę stwierdzić, że jakiś wątek mi się nie klei i go od tego momentu nie ma. Ten eksperyment będzie takim żywym przekazem, jak pracuje pisarz. Będą dni, że nie napiszę nic (chociażby 4 lipca). Jeszcze nie wiem, czy nie przesunę premiery PANIK na kolejny miesiąc, ale o tym poinformuję Was z wyprzedzeniem.

Na start wrzucam początek, który już jakiś czas temu napisałam, więc nie ruszam całkiem od zera. Przed Wami Szafirowa 3.0


SZAFIROWA (3.0) – odcinek 1

— Konia, bratku, już przepiłeś, to o co ty tym razem chcesz się założyć?

Zebrani wokół stołu mężczyźni zaśmiali się. Jeden z nich, imperialny żołdak, chwycił za tyłek kelnerkę, która akurat obsługiwała sąsiedni stolik. Dziewczyna pisnęła i wylała piwo na płaszcz zakapturzonej postaci.

Speszyła się i zaczęła przepraszać gościa.

Żołdak wrócił do obserwowania potyczki przy stole. Miejscowy pijak, a przynajmniej wyglądał na miejscowego, sądząc po jego stroju, wyciągnął spod stołu miecz. Głownia wysadzana była kamieniami, które skrzyły się łapiąc światło z pomieszczenia, a na klindze wyryto kilka prostych znaków, jednak napisane były w zapomnianym już języku.

— To on powinien przeprosić — zakapturzona kobieta wstała od stołu. — Ty! Przeproś.

Żołdak parsknął i upił piwa. Skrzywił się wypluwając ocet.

— Oby twoja głowa była zawsze trzeźwa — powiedziała, a mężczyźnie zrobiło się zimno.

Drobna postać przepchnęła się przez gapiów i stanęła za grającymi w kości. Oparła dłoń na ramieniu pijaka. Mężczyzna wyraźnie styrany przez życie, o przemęczonych oczach i zmierzwionej bujnej brodzie nagle się wyprostował i rozejrzał po ciasnej salce wioskowej karczmy. Większość gości stłoczyła się wokół dwójki grających na środku. Kelnerka, córka karczmarza, miała problemy z omijaniem ich z zamówionym piwem, bo każdy kielich trafiał ostatecznie w ręce któregoś z kibicujących.

— Rzucaj — mruknęła zakapturzona kobieta, a pijak wytrzeszczył na nią oczy zdumiony.

Złapał jednak za kubek z kośćmi i posłusznie wykonał polecenie. Na pięciu kostkach widniało pięć piątek.

Jego przeciwnik, miejscowy młynarz wyciągnął dłoń.

— Raz na wozie, a raz pod. Zostaniecie u nas jeszcze trochę.

— To wiedźma! – wykrzyknął żołdak doskakując do zakapturzonej kobiety. – Klątwę na mnie rzuciła!

Stłoczeni mężczyźni odsunęli się pospiesznie. Ktoś niechcący pociągnął za płaszcz i kaptur spadł z głowy kobiety. Wypadła z niego burza złotych loków.

— Wiedźma ze wschodu! — krzyknął stojący najbliżej złotowłosej.

Trzeźwy już zwycięzca gry w kości spojrzał na kobietę. Dziewczynę, a może nawet dziewczynkę, bo rysy miała delikatne, nos malutki, a oczy wielkie i szeroko osadzone. Jednak najbardziej odróżniały się uszy, nie okrągłe, ale ostro zakończone.

— Licho! — poniosło się po sali. — Na stos! Wzywać inkwizytora!

Nim doszło do samosądu, zwycięzca chwycił szybko za miecz i sakiewki, i zerwał się na równe nogi. Pociągnął egzotyczną dziewczynę w stronę wyjścia. Ona mamrotała coś pod nosem. W tym momencie jeden ze śpiących przy stole gości wyciągnął się. Podciął biegnącego żołdaka, który wywrócił świecznik ze stołu rzucając go wprost na słomianą dekorację.

Większość wypadła na zewnątrz i dopiero rozpaczliwe krzyki z płonącej karczmy ich otrzeźwiły.

— Pali się! Ludzie, ratujcie się!

— Moja karczma! Cały majątek!

— Widzieli mojego Józka? Józek!

Akcję ratunkową obserwowali ukryci w krzakach zbiegowie. Mężczyzna zaciskał dłonie kurczowo na mieczu. Jego oczy wędrowały po płomieniach. Kobieta uśmiechała się z wyższością.

— To was nauczy, kmioty — powiedziała.

— Jak możesz? To niegodziwe.

— To im pomagaj, nikt cię tu nie trzyma.

Mężczyzna przycisnął swoją broń do piersi. Jego wzrok błądził po coraz większych płomieniach, a kropelki potu wystąpiły mu na twarz. Dziewczyna pokręciła głową. Usiadła obok niego i zaczęła przeglądać swoją torbę. Wyciągnęła z niej pierścień z największym szafirem, jaki kiedykolwiek widział.

— Ech, znajcie łaskę pani.

Wyszła przed krzaki i włożyła pierścień. Dwóch najbliżej stojących podrostków, których nikt nie zagonił do noszenia wody, wskazało na nią. Mniejszy sięgnął po kamień. Kobieta mamrocząc coś pod nosem machnęła na nich ręką, a drobny kamyk rozkruszył się w dłoniach chłopca. W tym czasie na niebie zaczęły zbierać się czarne chmury. Zaczął wiać ciepły wiatr, grożący rozprzestrzenieniem ognia na resztę małej wioski. Wspólnymi siłami wioskowi i przyjezdni polewali sąsiednie domy, żeby temu zapobiec. Karczmą już się nie zajmowali, spisując ją na straty. Ogień i tak zajął cały budynek, aż po słomianą strzechę. Karczmarz cały czas lamentował. Młynarz i sołtys musieli go przytrzymywać, żeby nie wbiegł do środka i się nie spalił.

I wtedy zaczęło padać. Lunęło z nieba w ułamku sekundy jak ze świeżo otwartej beczki z piwem. Ogień błyskawicznie zaczął się poddawać pod naporem przeciwnego żywiołu. Początkowo wszyscy zaczęli wiwatować, bo kryzys został zażegnany. Jednak, gdy do rzęsistej ulewy doszły złowrogie gromy i pioruny zaczęli się rozbiegać, żeby zabezpieczać swoje obejścia.
Złotowłosa wróciła z powrotem w krzaki i ściągnęła pierścień.

— Jestem Bruno — przedstawił się mężczyzna.

— A mówisz mi to, bo?

— Jesteś straszną zołzą — powiedział.

— Mariegnon II des Brume, Pani Wysp we mgle, Gemme z Wieży o kolorze Szafiru — przedstawiła się złotowłosa. — Ale nie próbuj wszystkiego powtarzać. W ostatniej wiosce mówili na mnie Marie.

— Marie. Dobrze radzisz sobie z… ogniem.

— Ten deszcz będzie padał jeszcze z miesiąc. Przestaną się cieszyć, gdy przyjdzie powódź.


Gdy wszyscy wieśniacy pochowali się po domach, Marie nałożyła kaptur na głowę i wstała.

— Tu raczej nie ma gdzie już przenocować — bąknął Bruno podnosząc się powoli. — Ale tam jacyś kupcy zbierają się do dalszej drogi. Choć lepiej, żeby cię nikt nie widział…

— Nie będę podróżować pieszo.

— Jak nie będzie czym, to i pieszo pójdziesz – mruknął pod nosem mężczyzna, ale pokręcił głową. — Daj mi z nimi porozmawiać.

Dziewczyna fuknęła, ale wskazała, żeby prowadził.

Bruno podszedł do dwóch kupców i zapytał, czy nie potrzebują ochrony podczas podróży.

— Wsiadajcie, przyda nam się towarzystwo, bo te okolice do najbezpieczniejszych nie należą — gruby mężczyzna z sumiastym wąsem wskazał na wóz. — Ten miecz to na pokaz, na sprzedaż czy do walki?

Bruno spojrzał na dziewczynę pytająco, ale ona nie czekała na powtórne zaproszenie i szybko schowała się pod napiętym materiałem rozłożonym nad wozem.

— Do walki — burknął i wskoczył na wóz. — Jak jest po co walczyć.

Drugi mężczyzna zaśmiał się gromko i poprawił zapięcie szorów u sporego siwka. Zwierzę niecierpliwiło się i grzebało kopytem w błocie.

— Przydasz się nam, chłopcze — przyznał.

Powóz opuścił wioskę i wjechał w przesiąknięty ulewą las.

— Czemu akurat teraz wyruszyliście, zamiast poczekać na lepszą pogodę? — nie wytrzymał Bruno.

Marie zwinęła się na torbach z towarami i spała w najlepsze.

Mężczyźni wzruszyli ramionami i spojrzeli po sobie. Wojownik więcej nie drążył i wcisnął się głębiej pod plandeką. Ledwie kilometr dalej chmura burzowa się skończyła i wyjechali na idealnie suchą drogę akurat, żeby złapać ostatnie promienie zachodzącego słońca.


Rozbili obóz na małej polance niedaleko głównego traktu. Nim grube polana zajęły się w pełni ogniem, nastała całkowita ciemność. Bezksiężycową noc rozjaśniały gwiazdy rozlane ponad koronami drzew. Przemoczeni podróżni przysunęli się blisko paleniska, żeby choć trochę wysuszyć ubranie. Obaj kupcy szykowali ostatni przed snem posiłek. Zarówno Bruno jak i Marie bacznie im się przyglądali. Dziewczyna kilka razy przełknęła ślinę, gdy kolejny skrawek wołowiny trafił do kociołka z gulaszem. Bruno, który poza najtańszym piwem, przez całe popołudnie nie tknął nic konkretnego, westchnął cicho, gdy ciepła mgiełka rozgotowanej kaszy musnęła jego nos.

— Podzielicie się ze mną — stwierdziła blondynka.

Poprawiła się na drewnianej ławie, prowizorycznie przygotowanej z przepołowionego pnia drzewa.

— Nie ma nic za darmo, panienko – zaśmiał się grubszy i starszy z mężczyzn. — Chcesz się najeść, to musisz zapracować.

Bruno, który wielokrotnie słyszał podobne odzywki i widział jak się kończyły, przysunął się bliżej swojego miecza. Jednej rzeczy nie lubił, nachalnych jegomościów nie rozumiejących, gdy kobieta mówi nie.

— JA nie pracuję — prychnęła. Można było wręcz usłyszeć wielkie litery w tym zdaniu.

— To nie będziesz jeść — wzruszył ramionami kupiec, po czym zwrócił się w stronę wojownika. — Chłopcze, jeśli jesteś zainteresowany kolacją, to przynieś jakiegoś drzewa, żebyśmy nie zmarzli w nocy.

— Chcę jeść! — tupnęła nogą złotowłosa.

— To mu pomóż.


— Po co przynosić drzewa, skoro na polanie jest ich sporo? — dopytywała dziewczyna, gdy zdecydowała się iść razem z Brunem po opał.

— Żeby kolejni podróżni mieli łatwiej.

— Tego u was nie rozumiem. Po co pomagacie innym?

— Żeby oni mogli pomóc nam.

Złotowłosa parsknęła śmiechem i podniosła cienki kijek spod nóg. Wywinęłam nim jak różdżką, po czym mruknęła coś do siebie zadowolona z efektu.

— A tobie wszyscy pomagają? — zapytała bez zainteresowania.

Mężczyzna przystanął na chwilę i rozejrzał się po ciemnym lesie. Odeszli od obozowiska i wśród drzew nie było już widać ogniska. Gdyby weszli głębiej w las, prawdopodobnie nie zdołaliby wrócić. Pusty żołądek dotkliwie o sobie przypomniał.

— To wystarczy — Bruno wskazał na kilka złamanych gałęzi leżących pod starym dębem.

Schylił się i zaczął je zbierać, Marie tymczasem przysiadła na korzeniu drzewa i wróciła do inspekcji swojego kijka.

— On powiedział, żebyś przyniósł jakieś drzewo. Jeśli nie przyniesiesz, to nie da nam jedzenia.

— Chodziło mu o drewno na opał.

— Powiedział, żebyś przyniósł drzewo — podkreśliła blondynka kręcąc głową. — To znaczy, że musimy przynieść drzewo. To chyba wystarczy? — wskazała nad swoją głowę na rozległą koronę. — I tak jest za stare.

— A jak chcesz je niby stąd zabrać?

— Samo pójdzie, jak mu rozkażę. Chodź! — postukała kijkiem w pień.

Bruno wstrzymał oddech, gdy korona drzewa zaszumiała złowrogo.

Jednak nic więcej się nie stało.

— No rusz się, głupie drzewo! — dziewczyna kopnęła z całej siły wystający korzeń. — Rozkazuję ci!

Wojownik odwrócił się i zaczął iść.

— Czekaj! Drzewo! Ma iść z nami! Niech się na coś przyda!

Odwrócił się i zobaczył szarpiącą za gałęzie Marie, parę liści powplątywało jej się we włosy.

— Straszny z ciebie cudak. Chodź, obiecuję, że to drewno wystarczy.

Dziewczyna fuknęła niezadowolona, ale w końcu się poddała i mogli wrócić do obozowiska.


— Wydawało mi się, że do obozowiska jest znacznie bliżej… — Marie przerwała błogą ciszę, podczas której wracali do kupców.

Bruno poprawił chwyt na gałęziach i skręcił w prawo przy rozłożystym dębie. Głód doskwierał obojgu coraz mocniej, a w lesie robiło się coraz chłodniej. Dziewczyna zaczęła energicznie rozcierać ramiona, żeby się ogrzać. Na niewiele się to zdało, bo nieprzyjemny wiatr poruszał listowiem wokół i przenikał przez przemoczone ubrania.

— Zaraz będziemy — zapewnił wojownik.

Skręcił przy kolejnym dębie i zatrzymał się na chwilę. Położył pod nogami niewygodne gałęzie i rozciągnął ręce. Dziewczyna podeszła do pnia i podniosła cienki kijek. Machnęła nim, po czym złamała ze złością.

— To jest to samo drzewo!

— Nie. Jest podobne.

— To samo! Chodzimy w kółko!

Mężczyzna przyjrzał się uważnie najbliższej gałęzi. Wśród liści od przenikającego spomiędzy korony drzewa światła księżyca srebrzyło się kilka nitek. Wziął z ciekawości jedną z nich, a potem popatrzył na blondynkę.

— To twoje…

Prychnęła niezadowolona i usiadła na wystającym korzeniu. Skrzyżowała ramiona.

— Rozkazuję ci natychmiast zaprowadzić mnie na miejsce.

Bruno pokręcił głową i usiadł na sąsiednim korzeniu.

— Nic z tego nie rozumiem… Przecież droga była prosta, szliśmy przed siebie, aż znikło światło ogniska. Powinniśmy bez trudu trafić.

Dziewczyna jęknęła z frustracją, po czym zaczęła się śmiać. Gdy Bruno chciał ją zapytać, co się stało, zaczęła się krztusić i płakać. Złapała powietrze i uderzyła otwartą dłonią w szeroki pień.

— Zabawne, staruchu. Nie puścisz nas, co?

— M… Dobrze się czujesz?

Pokręciła głową, a potem zsunęła się z korzenia kładąc na zimnej glebie. Zamknęła oczy i wyciągnęła ręce wysoko w górę. Korona znowu zaszumiała. Bruno poczuł dreszcze.

— Coś ty zrobiła?

— Drzewo idzie z nami do obozowiska – westchnęła. — Im szybciej uwierzy, że jesteśmy na miejscu, tym szybciej będziemy mogli wrócić.

— Przestań bredzić, wracamy.

Wstał i zebrał gałęzie na opał. Dziewczyna zignorowała go i ułożyła się na boku. Najwyraźniej planowała pójść spać. Machnął wolną ręką i ruszył w stronę obozu. Nasłuchiwał tylko kiedy przestraszona Marie zerwie się i pobiegnie za nim. Jednak, gdy przy kolejnym zakręcie nie dogoniła go, zastanawiał się, czy po nią nie wrócić. Uznał jednak, że woli znaleźć drogę do obozowiska i wrócić po dziewczynę już z przygotowaną pochodnią. Musiał tylko przejść przez krzaki.

— Strasznie wolno chodzisz — Marie przywitała go pod dębem.

Rzucił gałęzie.

— Mów, co tu się wyrabia?

— Drzewo się nie ruszy z miejsca, więc my też nie.

Wskazała na dąb.


Ciekawi dalszego ciągu ? Śledźcie ten link.

1 thought on “Camp NaNoWriMo – dzień 0

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.