PANIK - K.A.Kisiel-Cichocka kisielcichocka.pl

Pani K – Dwadzieścia

Spis treści

— A jak policja tłumaczy to, że poseł Żelazny zginął w wypadku samochodowym, a mimo to jest na liście ofiar Oczka?

— Zbieg okoliczności — bąknął Glyjski, żeby nie powiedzieć za dużo.

— Żelazny zjechał z drogi i przypadkiem tamtędy przechodził morderca? Panie komisarzu, przecież wszyscy wiedzą, że dopchnęliście posła do listy ofiar, żeby było ładniej.

Cała sala wybuchnęła śmiechem. Glyjski poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. A co miał niby powiedzieć tym pismakom? Że znaleźli jedyny do tej pory ślad, który mógł ich na coś naprowadzić? Bo to jedyny przypadek, w którym morderca popełnił błąd. Drobny, bo drobny, ale popełnił. Nie poczekał do końca i przez to sam ledwo uszedł z życiem. Ale jak pokazały kolejne ofiary, nie zmieniło to jego efektywności.

To coraz bardziej potwierdzało przypuszczenia Glyjskiego, że było ich więcej. Nie wiedział jeszcze ilu, ani w jaki sposób działali, ale nie mógł uwierzyć, że jeden morderca w taki sposób poradziłby sobie z tyloma ofiarami, zwłaszcza w przypadku wypadku posła Żelaznego. Gdyby nie wydłubane oko, byliby pewni, że Żelazny zginął z własnej głupoty. Na szczęście auto udało się w miarę szybko i sprawnie ugasić, choć w oświadczeniu policja przyznała, że auto spłonęło doszczętnie. Specjalnie, żeby morderca czuł się bezpieczniej i popełnił więcej błędów.

Niestety, nic to nie dało. Z jakiegoś powodu zaczął się bardziej starać i zacierać za sobą ślady na każdym kroku. Po Żelaznym zginęło trzech obywateli. Każdy wybitny. Żelazny trochę nie pasował do schematu, bo nie był wybitnym politykiem. Był szeregowym posłem w pomniejszej partii, ale jego koledzy i koleżanki partyjni twierdzili, że jeszcze zmieni kraj, bo ma potencjał. Ale nic do tej pory nie osiągnął. Więc czemu morderca zrobił wyjątek, a dodatkowo tak nieudolnie? Może się pomylili, może ktoś upozorował śmierć Żelaznego podszywając się pod Oczko.

— Złapiemy Oczko, to obecnie nasz priorytet, żeby wszyscy obywatele mogli spać spokojnie — zakończył konferencję pomimo okrzyków protestu dziennikarzy.

I tak tych paskudnych hien nie lubił. Już chciał wrócić do domu, łyknąć zapas leków i pójść spać.

Wyszedł z sali konferencyjnej, gdzie czekał na niego już inspektor Ważny.

— No, no, ładne zakończenie. W sam raz, żeby opinia publiczna jeszcze bardziej psioczyła na policję.

Wzruszył ramionami.

— Wyrwało mi się — przeprosił nieszczerze. — Tyle razy mówią to Oczko, że już człowiek sam głupieje.

Inspektor machnął ręką.

— Dobra, było minęło. Ogólnie chyba nawet cię polubili. Nie byli aż tak natarczywi i uszczypliwi jak zwykle.

Glyjski wytrzeszczył oczy. Czuł się jak wyżęty przez wyżymaczkę, a inspektor twierdził, że nie było aż tak źle? To jak wyglądało według niego naprawdę źle? Potrząsnął głową.

— No, wracaj do pracy, bo w końcu obiecałeś hienom, że złapiesz mordercę. Teraz będą ci liczyć każdą godzinę — uspokoił go złośliwym tonem inspektor.

Komisarz Glyjski pokiwał głową i wrócił do swojego biura na piętrze. Na szczęście nie musiał od razu wychodzić na ulicę, żeby przypadkiem nie spotkać kolejnych dziennikarzy, którzy nie dostali się na konferencję lub chcieli dowiedzieć się czegoś więcej, poza oficjalnym stanowiskiem policji. Sam chciałby dowiedzieć się więcej. Najchętniej wprost od mordercy, żeby siedział w sali przesłuchań, przyznał się do wszystkiego i opowiedział, czemu tak i czemu tych konkretnie ludzi. Sprawy były tak chaotyczne, że Glyjski nie sądził, że chodzi o morderstwa ideologiczne, choć tej teorii też nie wykluczał. Obecnie gotów był uwierzyć w jakąkolwiek teorię, żeby tylko zamknąć sprawę.

Siedział do późna przeglądając notatki zrobione przez pannę Lotte na miejscach zbrodni, jednak był tak wyczerpany spotkaniem z dziennikarzami, że ostatecznie się poddał i postanowił wrócić do domu. Na dole nie czatował na szczęście żaden zdesperowany dziennikarz. Pogoda była taka, że psa z kulawą nogą nie dałoby się wyrzucić na zewnątrz. Glyjski ucieszył się i w spokoju wrócił do pustej kawalerki. Pamiętał czasy szeregowca na starym osiedlu, gdzie mieszkali z Suzanne.

Sprzedali wszystko, żeby starczyło na terapię. Teraz się cieszył, że musiał kupić nowe mieszkanie, mniejsze. Nie zniósłby przebywania w ich wspólnym domu.

Wszedł do środka i zapalił światła. Na stoliku w kuchni stały dwa brudne kubki. Wrzucił je do zlewu i sięgnął po leki. Popił wodą z kranu i rozsiadł się na kanapie przed telewizorem. Włączył jakiś głupi program rozrywkowy i po paru minutach odpłynął w sen.


Poprzedni

Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.