PANIK - K.A.Kisiel-Cichocka kisielcichocka.pl

Pani K – Dziewiętnaście

Spis treści

Krysia patrzyła na swoją wystającą z nogi piszczel. Wokół pełno było odłamków szkła i kawałków wgniecionej blachy. Samochód polityka przekoziołkował i ostatecznie wylądował na czterech kołach, ale to, co zostało zmiażdżone i zgniecione to już tak zostało. Krysia spojrzała na martwego mężczyznę obok. Nie przeżył wypadku. Nie miał szans przeżyć z obrażeniami, które otrzymał. To, że ona jeszcze żyła graniczyło z cudem. Byli pośrodku niczego, daleko od domu, a wokół akurat nikt nie jeździł.

Krysia odpięła pasy. Zabrała swoje rzeczy i wysiadła ostrożnie. W samochodzie na podłodze było pełno krwi, ale nie wiedziała, czy to jej krew czy mężczyzny. Niektórzy nie powinni mieć prawa jazdy, bo w ich rękach samochód stawał się śmiertelną bronią. I dobrze, jeśli podczas jazdy zabierali na tamten świat tylko siebie, a nie bogu ducha winnych pasażerów. Pokręciła głową niezadowolona i sięgnęła po nóż. Schyliła się i wczołgała pod samochód, żeby przeciąć przewody paliwowe, jednak nie musiała tego robić, bo już były uszkodzone i benzyna sączyła się powoli na błotnistą trawę. Dziewczyna poszukała zapalniczki żeglarskiej. Potrząsnęła metalowym pudełeczkiem, na szczęście jeszcze w środku znajdowała się benzyna, więc mogła spokojnie ją wykorzystać. Podpaliła auto i zaczęła się oddalać w stronę pola. Ślady rozmywały się w rzęsistym deszczu i po chwili sama nie była w stanie dokładnie określić skąd przyszła.

Pokiwała głową zadowolona z siebie i usiadła w małym zagajniku na środku pola. Czemu ten mężczyzna jeździł jak ostatnia sierota? Tego nie mogła zrozumieć. Ale rozumiała, że może mieć kłopoty z powodu jego śmierci. Na pewno ktoś widział jak wsiada do niego do samochodu. W środku zostało też pełno jej śladów, a raczej wątpiła, żeby aż tak dokładnie spłonął. Choć z reguły auta paliły się szybko, jeśli już udało się je podpalić. To jednak nie spalały się w zupełności, a to wystarczyło, żeby policja odnalazła współpasażera.

Chciała iść dalej, ale wystająca kość całkiem ją sparaliżowała. Ból, po tym jak zeszła adrenalina, zrobił się nie do wytrzymania, Krysia wtuliła się w drzewo zaciskając paznokcie na korze. W końcu zawyła niekontrolowanie z bólu. Gdy przestała się ruszać, a najgorszy atak bólu minął, wyciągnęła z kieszeni telefon komórkowy. Przez chwilę się wahała, ale oceniwszy swoje możliwości wybrała numer.

— Krystynka? — mężczyzna w słuchawce brzmiał na szczerze zdziwionego i dodatkowo zmartwionego. Choć do drugie, Krysia mogła się założyć, było całkowitymi pozorami, tylko ku jej uciesze i manipulacji jej niczego nie świadomą osobą.

Pokrótce zrelacjonowała wydarzenia. Zapadła długa cisza na linii, którą przerywał szumiący wśród korony drzew deszcz. Krysia czuła, że jej płaszcz coraz bardziej nasiąka wodą. I choć wprawdzie nie było jej zimno, bo ubranie było dobrze wykonane, to dyskomfort związany z warunkami atmosferycznymi i sytuacją, w której się znalazła pozostawały. Uśmiechnęła się w duchu. A jeszcze brało ją dość mocne przeziębienie, pewnie jak wróci do domu, to prześpi tydzień. I kto wtedy zajmie się jej domem, pracą i podopiecznymi? Raczej nie miała zbyt wielu skorych do bezinteresownej pomocy znajomych. Westchnęła, co przerwało ciszę na linii. W końcu jej rozmówca zabrał głos.

— No dobrze, Krystynko, podeślę po ciebie auto, tylko musisz się dostać do najbliższej drogi.

— Nie — zdecydowała w końcu. — Tu i teraz to zły pomysł. Słyszę karetkę i straż, jadą do auta. Niedługo będzie tu też pełno policji, muszę się przedostać dalej. Gdzie tu jest jakieś miasto?

— Masz nawigację, słonko. Nie wiem, gdzie dokładnie jesteś, poza tym, że na polu. Po co ci to w ogóle było, żeby jechać z tym starym dziadem samochodem? Masz teraz kontuzję, która na dłuższy czas wyłączy cię z pracy zawodowej. I chyba jednak będę musiał wezwać Zucha, żeby się zajął twoimi zleceniami, bo ty się pewnie będziesz goić z pół roku.

— Obiecuję, że dużo mniej — powiedziała, choć kłamstwo zabrzmiało jej wyjątkowo naiwnie. — A przy kolejnych zleceniach moja kontuzja nie będzie miała znaczenia, bo nie wpłynie na moją efektywność.

— Dobrze, wydostań się stamtąd, to cię złapiemy i poskładamy w naszej klinice. Nie mogę sobie pozwolić, żebyś się łatała na państwową służbę zdrowia, przecież tam to się źle pozrastasz i dopiero stwierdzą, że masz coś połamane. No nic, doczołgaj się do najbliższej innej drogi, niż ta, gdzie był wypadek. A na drugi raz masz zakaz szlajania się po mieście, gdy masz grypę czy inne zapalenie płuc. Po to jesteś na zwolnieniu lekarskim, żeby się wyleczyć. Rozumiemy się?

— Tak jest, szefie — parsknęła. — Rozłączam się i pełzam do drogi. Szef się nie przejmuje.

— Nie przejmuję, nie lubię zastoju w interesach, a taki nam dziś zafundowałaś. A ten cały Żelazny, to co z nim?

— Trup na miejscu — dokończyła Krysia i rozłączyła się bez słowa.

Wstała słabo, ale po chwili usiadła uznając, że musi jakoś usztywnić nogę. Złapała dwa w miarę proste kije, które leżały obok niej, odpięła swój pas. Przyłożyła obie deski do chorej nogi, a potem mocno obwiązała pasem. Szyna drażniła, pas ranił, ale przynajmniej była w stanie się przemieszczać. Powoli, bo powoli ale zawsze do przodu, Może nikt jej nie znajdzie.


Poprzedni

Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.