PANIK - K.A.Kisiel-Cichocka kisielcichocka.pl

Pani K – Osiemnaście

Spis treści

Życie posła nie było wbrew pozorom proste. Pozycja ta wiązała się nie tylko z wysokim zwolnieniem z podatku, comiesięczną pensją i dietami poselskimi. Nawet immunitet poselski nie rekompensował zszarganych nerwów, gdy po raz kolejny, ze względu na dyscyplinę partyjną, Christopher Żelazny musiał zagłosować wbrew swojemu sumieniu. I prawda, mógłby złamać dyscyplinę, ale wtedy nic już by nie zdziałał. Zostałby zamieniony przez młodszego i skłonnego do ustępstw kolegę lub koleżankę. Musiał zadowolić się metodą małych kroczków, żeby poprawić stan państwa. Bo może i ogólna retoryka partii, do której należał była pro obywatelska, to w mniejszych sprawach potrafiła o swojej nadrzędnej misji zapominać.

Zwłaszcza, gdy za kuluarami powstawały nowe układy sił i prezes ich partii próbowała nie pójść na dno ze starymi i niepopularnymi opiniami. Byli zbyt mali, żeby wpłynąć na ogólny układ sił, ale przydawali się w poszczególnych głosowaniach.

Więc Żelazny starał się różnymi sposobami wpływać na swoich partyjnych kolegów i koleżanki. Udało mu się, trochę pokątnie, ale zawsze, nagłośnić jedną z kontrowersyjnych ustaw, co wywołało falę protestów wśród obywateli i ostatecznie zrezygnowano z przeprowadzenia jej. Ale tak, to był bezsilny. Wszystkie projekty ustaw, które prezentował spotykały się ze ścianą.

Tak jak i dzisiaj, gdy przyszedł do prezes z projektem ustawy o przedszkolach, której potrzebowali obywatele. Nie został wyśmiany, bo prezes nigdy tak nie robiła. Wysłuchiwała uważnie patrząc prosto w oczy rozmówcy z pobłażliwością i kiwała głową w takt wypowiadanych słów. Petent zostawał wysłuchany i tyle. A Żelazny był pewny, że ten projekt jest tym, czego ich partia potrzebuje, żeby zwiększyć swoje sondaże wśród obywateli.

Z przedszkolami był większy problem niż ze służbą zdrowia. Dzieci było coraz więcej, a matki nie miały z kim ich zostawiać, przez to wypadały z rynku pracy i zaczynało brakować rąk do pracy. A rząd nie zamierzał powtórzyć błędu sąsiadów, którzy otworzyli swoje granice dla imigrantów ekonomicznych, co spowodowało zdestabilizowanie gospodarki.

Przyjmowanie imigrantów było w programie obecnego rządu, ale pod ścisłą kontrolą, bo najważniejsi byli obywatele. Jeśli przyjeżdżający chciał pracować i otrzymać pobyt stały, to powinien się postarać. I przy zatrudnianiu w urzędach pracy też pierwszeństwo mieli obywatele.

Państwo wolało dać wędkę a nie rybę. Nikt się z takim programem partii rządzącej nie zamierzał kłócić. W państwie kwitł dobrobyt, mimo że resztę świata dotykały od dłuższego czasu coraz to inne kryzysy, mniejsze czy większe.

Żelazny wyszedł z biura partii i zatrzymał się na chwilę na chodniku. Ostatnie jesienne liście leżały mu pod nogami, a mroźny wiatr zmuszał do owinięcia się szczelniej kurtką. Rozejrzał się przed wejściem na przejście dla pieszych. O tej porze i w taką pogodę łatwo było o nieszczęśliwy wypadek, mimo że wszyscy z reguły starali się zachować bezpieczeństwo.

Wszedł na parking strzeżony i podszedł do swojego auta. Dopiero po chwili zorientował się, że nie wziął z biura kluczyków. Pomachał stróżowi i wrócił z powrotem do biura.

— O, dawno cię nie było — zaśmiała się jego partyjna koleżanka i rzeczniczka biura. Prawa ręka pani prezes, Kleo.

— Drobiazg — mruknął i dopadł do swojego biurka. — Już mnie nie ma. Trzymaj się, do jutra.

— Ta, ta, do jutra — Kleo pomachała do niego i wróciła do przesiadywania nad stertą papierów, którymi obarczyła ją przed wyjściem pani prezes.

Kobieta chyba uważała, że im ktoś jest bardziej potrzebny, tym bardziej go trzeba wyeksploatować.

Poseł Żelazny wybiegł z powrotem na zewnątrz. Rozpadało się. Szybkim krokiem przeszedł przez przejście i minął budkę strażniczą. Gdyby nie potrzebował rano samochodu, pewnie wezwałby taksówkę, bo nie chciało mu się prowadzić w taką nieprzyjemną pogodę. Otworzył i wsiadł do środka. Od razu odpalił silnik i włączył grzanie, żeby szyby nie zdążyły zaparować. Klimatyzacja błyskawicznie osuszyła powietrze w samochodzie.

Wyminął budkę strażniczą i wjechał na małą uliczkę pod blokiem, gdzie znajdowało się biuro jego partii. Zatrzymał się na chwilę pod wielkim klonem i ustawił nawigację na najbardziej optymalną trasę. W taką pogodę na pewno były jakieś korki i zapewne jeszcze jakieś wypadki, które wolał ominąć jak najdalej. Pukanie w szybę go wystraszyło. Podskoczył. Zerknął przez okno i zobaczył sympatyczną dziewczynę, która uśmiechnęła się do niego ciepło. Uchylił szybę.

— Podrzucić cię gdzieś? — zapytał rudowłosą.

Ona tylko skinęła głową.

— Wskakuj obok mnie, miło będzie mi mieć towarzystwo, chociaż przez część drogi — zaproponował.

Dziewczyna przeszła naokoło auto i wsiadła do środka. Od razu zapięła pasy, mimo że kierowca jeszcze tego nie zrobił.

— A, dobrze, grzeczna pasażerka — zaśmiał się. — Ja nie zapinam, bo wtedy kierowca jest czujniejszy i bardziej uważa na drodze. Dokąd cię zawieźć?

Dziewczyna podała adres całkiem niedaleko jego domu. Nie wzbudziło to jego podejrzeń, nawet się ucieszył, że prawie całą drogę będzie miał towarzystwo, choć ruda nie wyglądała na zbyt rozmowną. Żelazny skupił się na prowadzeniu. Światła go denerwowały, ulewa rozmazywała widok, a cisza panująca w samochodzie tylko zwiększała uczucie senności, które za wszelką cenę starał się zwalczyć. Bez słowa zgłośnił radio, akurat leciała jakaś audycja polityczna i dwóch publicystów komentowało sennymi głosami ostatnie poczynania rządu i analizowało reakcję ich opozycji. Przełączył radio na jakąś głośną muzykę, która momentalnie go otrzeźwiła.

— Usnąć można — wytłumaczył się przed pasażerką, choć nie zaprotestowała ani nie skomentowała. Siedziała wpatrzona w drogę.

Żelazny skupił się na prowadzeniu, choć widok za szybą był coraz bardziej niewyraźny, miał ochotę zamknąć oczy i nic nie widzieć. Grzanie w samochodzie wiało na twarz. Czuł przyjemne ciepło na całym ciele. Poprawił chwyt na kierownicy i spojrzał na pasażerkę. Dziewczyna go uważnie obserwowała.

Zreflektował się i uchylił okno, żeby wpuścić do środka trochę zimnego powietrza, które momentalnie go otrzeźwiło. Potrząsnął głową zrezygnowany. Jeszcze kilka kilometrów, musi być przytomny jeszcze te kilka kilometrów, żeby nie stwarzać zagrożenia w ruchu lądowym.

— Może pan zasnąć — powiedziała miękko dziewczyna rozpinając płaszcz. — Tak będzie dla nas obojga łatwiej.

Kątem oka zobaczył gruby pas na jej brzuchu i gwałtownie wyhamował. Przynajmniej próbował, bo stracił panowanie nad kierownicą i chwilę później koziołkowali na pasie zieleni tuż przy ulicy. W trakcie tego wirowania jakimś cudem dziewczyna zdołała wyjąć z pochwy olbrzymi nóż. Potem Żelazny stracił przytomność.


Poprzedni

Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.