Wieści z frontu

Początkowo ta notka miała być wpisem na Facebooku, ale moje myśli trochę się rozbujały i rozrosło mi się to do ogólnych przemyśleń o projekcie na tegoroczny listopad.

Jak wiecie lub nie, nie mam internetu. Radzę sobie komórką albo wyjazdami w cywilizację (na szczęście mam kilka dni wolnego w pracy, więc nie jest mi on niezbędny). I w sumie trochę źle, że mam ten internet komórkowy (mimo słabego zasięgu, jakoś daje radę na durne fejsbuki), bo przez niego prace nad tekstami idą wolniej niżby mogły, bo w końcu nic mi nie przeszkadza.

No, ale pracuję

Przeglądam trzecią wersję Oblatywaczy. O matko, jakie to jest złe… Jakie to jest bez sensu. Jak to jest źle napisane. Powiem tak, wersja pierwsza była sto razy lepsza, tylko wymagała doszlifowania. Wersja druga miała dobrze poprowadzoną linię fabularną, ale zawaliło wszystko inne. W wersji trzeciej jedyne, co się do czegoś nadaje, to opisy lotów kosmicznych i działania technologii, bo chyba właśnie na tym się skupiłam ją pisząc.

No i stanowczo Oblatywacze nie mogą być w narracji pierwszoosobowej, jak mi Powieściologia dawno temu zasugerowała. Jako eksperyment społeczny, do rozwinięcia którego pretekstem są wydarzenia z “Na skraju” powinni być poprowadzeni narratorem wszechwiedzącym, a nawet nie, kamerą latającą po pomieszczeniach. Z tymże wtedy jest problem, bo technologia bardzo zawodzi w tunelach i nie byłabym w stanie opisywać tego, co się w nich dzieje podczas lotu.

I co dalej?

Ale po tych trzech manuskryptach mam jedno: bardzo dobrze zarysowanych bohaterów i dopracowany w każdym calu świat (można zrobić RPG na jakiejś mechanice w stylo d20). Myślę, czy nie zrobić właśnie eksperymentu i podczas listopada napisać wersję czwartą, rzucając granat gdzieś pomiędzy pałętające się postacie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.