bolid-kisielcichocka_pl

O tym, jak PRAWIE jechałam bolidem

Jakiś czas temu na Instagramie chwaliłam się, że dostałam przesyłkę. Tą przesyłką był voucher na przeżycie, jeśli tak mogę nazwać ofertę ekipy z Prezentu Marzeń.

I teraz trochę tła – tak zwane tell not show, bo spędzilibyśmy tydzień, a dalej bym nie opowiedziała całości. Lubię samochody i jestem nimi trochę “skażona” rodzinnie. Na konsoli gram tylko w wyścigi, choć na żywo jeżdżę jak typowa matka. Nie znam się kompletnie na żadnej z dyscyplin samochodowych, ale lubię sobie popatrzeć na formułę. I w zasadzie tyle… A, zawsze chciałam przejechać się gokartem, ale mój tata twierdzi, że te komercyjne to zabawki i kompletnie nie czuć tego, co trzeba i jakoś tak przez lata nie miałam okazji.

Prezent Marzeń ma w swojej ofercie coś, na co zaświeciły mi się oczy. Przejazd bolidem. No panie! #byćjakkubica i tak dalej. A jak jeszcze się zorientowałam, że jest to na torze, na parkingu którego upolowałam swój sekretarzyk… i rower… i mnóstwo pierdół do ogrodu, domu i dla Kołdriana, to stwierdziłam, że nie ma bata, MUSZĘ skorzystać.

Voucher na przejazd

Voucher był ślicznie zapakowany, jak najprawdziwszy prezent, dodatkowo znajdował się w metalowym pudełku. No miodzio. Zanim jednak miałam okazję skorzystać z tej przyjemności, minęło trochę czasu. W maju parę spraw, przez które nie miałam głowy, żeby się umawiać. Ale na początku czerwca zadzwoniłam pod wskazany numer. Zostałam przekierowana gdzie indziej i zaczęły się schody. Najbliższy termin 31 sierpnia. Khem… Trzy miesiące czekania? No nic. Poczekam.

Minęły dość szybko i w sumie dobrze, że dostałam przypomnienie mailowe, bo zupełnie bym zapomniała. Pojechaliśmy wycieczką rodzinną, bo Kołdrian mnie z oka nie chce spuścić, a i jest tu kilku fanów szybkich aut, którzy chcieli chociaż popatrzeć.

I jaki tam był przemiał. Zacznijmy od tego, że wchodząc do biura zawodów, żeby oddać voucher poczułam się jak studentka zalegająca z wpisami w dziekanacie. Na szczęście poszło szybko, sprawnie i do widzenia.

To może tym?

Poszliśmy do aut (było tego sporo, różnych, a i przemiał straszny, jeden wsiada, drugi wysiada, zmiana, następny). No i…

Sprawdzanie toru

Na zaproszeniu zabrakło dwóch bardzo ważnych informacji

1. Buty – wąskie z cienką podeszwą, żeby nie wcisnąć równocześnie gazu i hamulca. Na zaproszeniu była tylko informacja o miękkiej podeszwie. To za mało.

2. Wzrost kierowcy – jestem średniego wzrostu. Idealna mediana. A żeby wygodnie usiąść zabrakło mi jakichś 25cm. Żeby wcisnąć sprzęgło musiałam tyłkiem wisieć w powietrzu. Ani to wygodne ani tym bardziej bezpieczne.

Marzenie ściętej głowy

Czuję się mocno zawiedziona za dyskryminację wzrostową. Ale w sumie w ogóle byłam dość egzotycznym zjawiskiem na torze. Wszystkie inne panie miały krótkie sukienki i szpilki i kibicowały chłopcom, którzy się bawili. Moi chłopcy smażyli się na widowni. I tak cała zabawa trwała z 15 minut, więc umówmy się. Nie zbiednieli.

Tu zakręt, tam zakręt, a tu rura

Na pocieszenie przejechałam się Ferrari. No samochód, bez szału. Poznałam przynajmniej tor i jak przyjdzie mi oglądać zawody będę mogła Kołdrianowi objaśniać szczegóły poszczególnych zakrętów.

Bunkrów nie ma…

Podsumowując. Jako takie, prezentowanie doświadczeń uważam za świetną sprawę, bo sama wolę kolekcjonować wspomnienia, a nie graty (LEGO się nie liczy ;p). Początkowo zdziwił mnie czas oczekiwania na realizację atrakcji, ale jak zobaczyłam, ile się dzieje na torze (plus tam odbywają się też zawody, treningi i inne), to w sumie nie mam pretensji. Tylko szykując taki prezent lub otrzymując, trzeba mieć na uwadze ten prosty aspekt.

Inna sprawa, że ja dalej chcę się przejechać bolidem. Trzeba będzie chyba skręcić własny…

1 thought on “O tym, jak PRAWIE jechałam bolidem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.