Camp NaNoWriMo – dzień 6

Planowałam dziś pisać od rana, ale oczywiście nie dałam rady, bo trzeba było obskoczyć zakupy przed niehandlową. Normalnie się nie przejmuję i kupuję co trzeba w poniedziałek, ale z racji wyjazdu zostałam zmuszona dołączyć do reszty…

Wieczorkami na szczęście mam tzw. “godzinę dla siebie”, więc korzystając z niej wycisnęłam co się dało ze swojej głowy.

Pogadajmy sobie

No dobra, ta scena się mi już tak ciągnie, że jutro muszę ją skończyć. Wrzucić jakąś akcję, która zrobi wątki i tak dalej. No i nie wiem, po co ten dialog. Ale to NaNo… To ma prawo tak wyglądać ;p


Szafirowa (3.0) – odcinek 5

Do ich stolika podszedł rozlewający się jegomość. Nieśpiesznie podrapał się po zadzie i wytarł tłuste łapy w spodnie. Wyglądał, jakby regularnie podkradał mięsiwo z ołtarza. Na jego twarzy rysowało się tępe otumanienie, które mają ludzie bardzo głupi albo tacy, których nic w życiu już nie może zaskoczyć. Spojrzał pytająco na wojownika.

Bruno chrząknął speszony. Marie zajęła się wydrapywaniem małym nożykiem czegoś spomiędzy sęków na stole.

— Piwo? Jakiś gulasz? — w głowie przeliczył swoje oszczędności. Kupiec zdążył mu zapłacić dniówkę, więc spokojnie mógł sobie pozwolić na lepszy posiłek.

— Kasza z cukinią — burknął mężczyzna. — Piwa niet. Wyszli.

— A coś innego do picia? — zapytał z nadzieją.

Tamten przez dłuższą chwilę się zastanawiał, zerknął w stronę drzwi prowadzących na zaplecze.

— Miód może.

— Niech będzie. Marie, a ty?

— Zamówiła — mężczyzna wtrącił niegrzecznie. — Da pieniądz.

Marie całkowicie zignorowała i pytanie i reakcję, cały czas walczyła z sękiem. Bruno zapłacił, a gdy tamten odszedł, przyjrzał się blondynce. Pomimo nasuniętego kaptura doskonale widział zacięty wyraz twarzy dziewczyny. Wysadzany kolorowymi kamykami nożyk wbijał się bez trudu w twarde drewno. Wojownik nie spodziewał się, że taki nożyk do listów będzie aż tak ostry. Po chwili intensywnego wbijania i dłubania, dziewczyna wydobyła małego kornika. Uśmiechnęła się triumfalnie i rozcięła go na pół.

— Co ty robisz? — Bruno nie wytrzymał.

Lekko zadrżała, ale szybko się wyprostowała. Nie patrząc na niego wyjęła z chlebaka białą chusteczkę, wytarła w nią nożyk i schowała wszystko z powrotem. Zapadła między nimi niezręczna cisza, podczas której blondynka siedziała sztywno i wpatrywała się w stronę kontuaru, a wojownik kręcił niespokojnie na ławie.

Na szczęście na ratunek przyszedł młody chłopak w fartuchu. Postawił przed nimi dwa kufle i dwie misy z kaszą. Więcej było w niej cukinii niż zboża, więc bardziej przypominała gęstą zupę niż coś jak gulasz, ale głodny Bruno nie narzekał. Zauważył pomiędzy łyżkami, że chłopak uśmiecha się nieśmiało do blondynki i że jej porcja posypana jest skwarkami i posiada stanowczo więcej kaszy.

Dziewczyna wyjęła ze swojego chlebaka srebrny widelec i zaczęła go jeść. Bruno miał w swoim życiu kilka razy styczność z różnymi metalami, ale to srebro było dziwne, wyjątkowo srebrne i nic a nic nie zaśniedziałe. Sam nie lubił jadać takimi sztućcami, bo metal zmieniał smak jedzenia. Jednak drewniane łyżki sprawdzały się najlepiej.

Chciał zagaić rozmowę nawiązując do dworskiej etykiety, ale ugryzł się w język. Wystarczyło, że widelec Marie wzbudzał wystarczającą sensację, a chłopak dalej nie odszedł od ich stolika.

— Może owoc dla panienki? — zapytał przymilnie nie spuszczając z oczu widelca. — Albo nasz chleb? Tatko wypieka skoro świt.

Dziewczyna mlasnęła i zaczęła rzuć skwarki.

— Mięsa — powiedziała. — A jak nie macie, to idź sobie stąd, bo robię się głodna.

Drugie zdanie zabrzmiało niepokojąco. Brzmiało jak groźba, a nie poirytowanie. Bardzo realna groźba. Bruno przełknął cukiniowego gluta.


Ciekawi dalszego ciągu? Śledzcie ten link.

1 thought on “Camp NaNoWriMo – dzień 6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.